Home Blog Konkurs! Wygraj zestaw garnków Tefal Intuition!

Konkurs! Wygraj zestaw garnków Tefal Intuition!

4 min read
122
0

Moi drodzy, w poprzednim teście garnków ze stali nierdzewnej marki Tefal obiecałam Wam, że niedługo ogłosimy konkurs na blogu. Obietnic trzeba dotrzymywać, więc wracam do Was z konkursem.

Zacznę od tego, że w każdym konkursie najważniejsze są dwie rzeczy. Po pierwsze radość i zabawa wynikające z uczestnictwa. Po drugie nagroda, która tym razem jest naprawdę wyjątkowa. :)

Nagroda! Nagroda! Nagroda!

Dzięki uprzejmości organizatora konkursu, firmie Tefal, do wygrania jest elegancki zestaw garnków ze stali nierdzewnej Tefal Intuition.

Tefal Intuition to praktyczny i elegancki zestaw garnków ze stali nierdzewnej, który z pewnością znajdzie zastosowanie w każdej kuchni. Trójwarstwowe dno indukcyjne zapewnia doskonałą dystrybucję ciepła a także pozwala na szybsze podgrzanie potraw, dzięki temu oszczędzasz czas i pieniądze. Garnki Tefal Intuition przystosowane są do wszystkich rodzajów kuchenek w tym także indukcyjnych i posiadają 5 letnią gwarancję.

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat garnków ze stali nierdzewnej Tefal, to zapraszam do zapoznania się z moim ostatnim testem zestawu Duetto.

Zadanie konkursowe

Na pewno jesteście ciekawi, co trzeba zrobić, aby stać się szczęśliwym posiadaczem powyższego zestawu garnków. :)

Zadanie jest proste:
Kuchnia, to nie tylko pomieszczenie, w którym się gotuje. To także miejsce, gdzie spotyka się cała rodzina. W kuchni dzieje się wiele ciekawych i zabawnych rzeczy.

Waszym zadaniem jest opisanie najzabawniejszej sytuacji, jaka kiedykolwiek przydarzyła Wam się w trakcie gotowania.

Swoje odpowiedzi zamieszczajcie w komentarzach pod niniejszym tekstem. Nie zapomnijcie podać imienia i nazwiska oraz adresu email.

Najciekawszą/najzabawniejszą odpowiedź nagrodzimy zestawem garnków. :)

Na odpowiedzi czekamy do piątku 23 października 2015 r. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w sobotę 24 października o godzinie 18:00 na naszym blogu oraz facebooku.

Zobacz nagrodę na żywo

Ci z Was, który mieszkają w Chełmie lub okolicach i chcą zobaczyć nagrodę na własne oczy, mają taką możliwość. Od środy 14.10.2015 r., aż do zakończenia konkursu cały zestaw będzie można zobaczyć i dotknąć w naszej ciastkarni w Chełmie, przy ul. Lwowskiej 24. :)

Artykuł powstał we współpracy z marką Tefal.

tefal intuition

Load More Related Articles
Load More By Paula Andrzejewska
Load More In Blog

122 komentarze

  1. Mała Mi

    02/11/2015 at 23:17

    Spóźniłam się w terminie zgłoszeń, bo wydawało mi się, że do listopada trwa konkurs… a chciałam opowiedzieć o moich pączkach :)

    Reply

  2. Aneta

    23/10/2015 at 23:58

    Witajcie,
    pamiętam, jak zaprosiłam mojego ówczesnego kolegę (obecnego męża) na jedną z pierwszych kolacji. Ponieważ bardzo lubimy oboje jajka, oprócz mnóstwa innych pysznych potraw, postanowiłam przygotować pyszną tortillę, której mój obecny mąż wtedy nigdy nie jadł. Byłam tak podekscytowana i jednocześnie bardzo zdenerwowana, że smażąc tortillę, wyjęłam szybko z lodówki domowej roboty smalec, który dostałam od mamy. „Usmażyłam” tortillę – siadamy do kolacji. Zaczynamy od tortilli, którą się chwaliłam na wszystkie sposoby i mój „kolega” bardzo chciał jej spróbować. Jemy, dziwnie słodka, dziwny smak, słodko-słony, ale dlaczego słodki??? Nie to nie to, mówię do mojego „kolegi”, że nie powinna być słodka, on udaje, że jest o.k……a ja wyciągając w pośpiechu domowy smalec mamy z lodówki – wyjęłam miód akacjowy…..i tortillę usmażyłam na miodzie…..Ale…..ówczesny kolega to dzisiaj mój mąż!!! Pozdrawiam Aneta

    Reply

  3. dobiezka .

    23/10/2015 at 23:36

    Pamiętam jak dziś. Pierwsza wizyta teściowej. Zaplanowałam przygotowanie mojego kulinarnego hitu! Czyli zawijańca rybnego w cieście francuskim (foto). Oczywiście bardzo się spieszyłam, bo jestem bardzo zabieganą osobą. Wyskoczyłam szybko do sklepu, bo nie miałam ciasta francuskiego w domu. Pech chciał, że kruche słodkie ciasto było w niemal identycznym opakowaniu jak to francuskie i jeszcze dziwnym trafem leżało obok niego. No zgadnijcie które wylądowało w moim koszyku? :) Ryba z kruchym słodkim ciastem – mmm pychota ! :) Kiedy się skapnęłam? Oczywiście dopiero po spróbowaniu przy stole;).
    Ale wszyscy zjedli, więc chyba nie było takie najgorsze :D

    Reply

  4. Aneta (na fb Anett) Wziętek

    23/10/2015 at 22:58

    Jestem studentką. O taką, dzielącą pokój z narzeczonym. No i tak. Pewnego pięknego niedzielnego ranka, po wieczorze zakrapianym alkoholem z niebanalnym moim żarełkiem, postanowiłam że na śniadanie będzie jajecznica. Mój luby nazywa to omletem rozwalonym na patelni, ale mniejsza. No to patrzę do lodówki, mało przytomna jeszcze. O ! Jest 5 mini jaj od Mamy. No mało na dwie osoby ale dołożymy szynki, sera i będzie idealnie, z chlebkiem. No i biorę miskę, jajka, podchodzę do zlewu (mam blisko wyrzucać skorupki do kosza). Otwieram drzwi do kosza, rozbijam jajko i….. wrzucam jego zawartość do kosza a skorupki do miski. Ale jak to ? Stoję z dziwną miną. „Aha, pomyliło mi się”. Jedyne co mi pozostało to roześmiać się z samej siebie i powiedzieć, że jajecznica z 4 jaj musi starczyć i koniec :D No trudno, przynajmniej mam co wspominać. Tego samego dnia dzwoni Mama i do mnie ” Słuchaj, ale ja dziś zrobiłam,zostało kopytek z wczoraj, i sobie myślę, ale zrobię młodemu obiad, kopytka na słodko z cynamonem, cukrem i w ogóle, odgrzeje w mikrofali. I biorę ten talerz i sypie i sypie, i sypie sól zamiast cukru ! szybko wymyłam sól i nawet się nie przyznałam !” no i potem ja Mamie swoją historię z jajkami w koszu. Chyba wiem po kim to odziedziczyłam :D
    Pozdrawiam serdecznie ;)

    Reply

  5. Kasia Wierzba

    23/10/2015 at 22:53

    Chciałam skończyć ucieranie ciasta późno wieczorem i schowałam się z mikserem do łazienki. Tam jest najlepsze wygłuszenie Emotikon smile bo w domu miałam śpiące roczne dziecko z bardzo wrażliwym słuchem.Niestety czas gotowania i pieczenia musiałam ustawiać pod dziecko,jesli chciałam bez przeszkadzania coś upichcić. Ustawiłam mikser z misą na taborecie i ukucnęłam nad nim aby pomału dodawać pozostałe składniki i po jakiś 15 sekundach otworzyły się drzwi od łazienki z wielkim hukiem!!! Odwróciłam się wystraszona a tym samym moje długie włosy wciągnęły łopatki miksera!!!! Wkręcało mi masę we włosy i rozrzucało serem po całej łazience!!!Scena jak z horroru Emotikon smile Uff,dobrze,że szybko mąż wyrwał kabel z gniazdka.Na szczęście poza strachem i sernikiem na ścianach, nic mi się nie stało,straciłam parę włosów .
    A owym sprawcą całego zamieszania był mój maż, wrócił wcześniej z pracy i chciał mi zrobić niespodziankę. Udało mi się . Od tamtej pory na głowie przy pieczeniu, miksowaniu mam upiętego kucyka.
    Kasia Wierzba
    kaja350@vp.pl

    Reply

  6. Monika Popłońska

    23/10/2015 at 22:49

    Najśmieszniejsza sytuacja jaka wydarzyła Ci się podczas gotowania?
    Hah :) Wspominam ten dzień z wielkim rogalem na twarzy :) 16 lutego 2015, godzina ok 13. W domu ja, sześcioletnia wtedy córcia i mąż. Gotuję rosół, zmywam, krzątam się po kuchni z wielkim brzuchem (termin porodu miałam na 4.03), mąż w salonie przed komputerem, córcia krążąca między nami jak zwykle z tysiącem pytań i problemów.
    -Mamo co gotujesz?
    -Rosól.

    -Mamo,a co robisz?
    -Mieszam kluski żeby nie przywarły.
    -A długo ci się zejdzie?
    -No jeszcze kilka minut bo dopiero je wrzuciłam.
    I jak szybko wpadła do kuchni, tak szybko poleciała do męża. Stoje mieszam te kluchy i słyszę z salonu:
    -Tato, możesz iść zastąpić mamę?
    -Mogę a co się stało?
    -Bo ona tam biedna stoi przy tej kuchence aż się zesikała. :D :D :D
    Nie wiedziałam o co chodzi do momentu w którym spojrzałam pod nogi :) Odeszły mi wtedy po prostu wody a ja nawet tego nie czułam :)
    Szybka akcja, wyjazd do szpitala, przypalony garnek z makaronem i nowy członek rodziny :) Piszę to i śmieje się do monitora :) Choć przyznaje że nie było mi wtedy do śmiechu… Ot taka to moja sytuacja w kuchni :)
    moniczka087@wp.pl

    Reply

  7. Marta Gawrońska

    23/10/2015 at 22:47

    Pochodzę z rodziny, w której talent kulinarny dziedziczy się w genach. I chyba sporo w tym prawdy, bo dość dobrze radzę sobie w kuchni, sprawnie operuję urządzeniami AGD i naczyniami . Może Michel Moran nie dałby mi jeszcze „fartucha”, ale tragedii nie ma. Wszyscy jedli, nikt nie umarł. ;) Wpadek spektakularnych nie mam (albo stosuję wypieranie). No, nie licząc podpalonych ścierek, nadpalonych misek (bo stały za blisko kuchenki gazowej) lub momentu, gdy sobie sypnę hojnie solą. Chociaż nie! Nawet największy mistrz może mieć trudne początki. Pamiętam swój debiut przy produkcji pączków na Tłusty Czwartek. Miałam przepis babci i wszystkie składniki. Przeleciałam wzrokiem przepis, uznałam że wiem i zaczęłam pączkową produkcję. Gdzieś mi się obiło o uszy, że warto dodać do pączków nieco spirytusu, by nie piły zbyt wiele oleju. Nie wiedziałam, czy dodać go do ciasta czy oleju, więc metodą dedukcji doszłam, że pewnie chodzi o tłuszcz w garnku do smażenia (wiadomo – tam się rozgrywa walka o pączka). Chlapnęłam więc cały kieliszek czystego spirytusu do gorącego oleju i … bramy piekieł się przede mną otworzyły, a sam czort posłał słup ognia. Na szczęście zachowałam owłosienie na głowie, ale ofiara była. Sufit. Okrągła plama czarnej sadzy nad kuchenką przez jakiś czas przypominała mi jeszcze o mej niebywałej inteligencji kulinarnej i obeznaniu. Teraz wiem! Jak spirytus to do pączka. Albo herbaty.

    Reply

  8. Monika Seredyńska

    23/10/2015 at 21:57

    Byłam chora, smutna, bo miałam problemy, ale zapowiedzieli się za 2 godziny goście a w domu nic słodkiego. Czym prędzej postanowiłam zrobić pączki, bo co jak co, ale jajka, drożdże, mąka i powidła zawsze są w domu. Ciasto pięknie wyrosło, pączusie okrąglusie; wlałam do głębokiego rondla olej, ale jakoś dziwnie się podgrzał i pączki się nie smażyły jak powinny… a ja wlałam ciekły, świeżutki miód….zamiast oleju a były w takich samych słoikach… no i usmażyłam, ale straciłam miód a goście mieli ubaw…
    Dobrze, ze nie obtoczyłam w mące jak na pewną ważną Wigilię- zamiast cukru pudru…

    Reply

  9. Alicja Śnieżek

    23/10/2015 at 20:20

    Niedawno miałam urodziny,
    A my ten dzień tylko w duecie obchodzimy,
    Oczywiście później impreza dla znajomych i rodziny,
    Ale zawsze coś oryginalnego na ten dzień zmyślimy.
    A więc mój kochany mąż na kolację mnie zaprosił,
    Pomyślałem wtedy : co On wymyślił?
    Akcja toczyła się na dywanie w salonie
    ohh klimat japoński zionie.
    Ale niestety nie usiedliśmy przy stoliku,
    Nie było świec, ani pięknego z kwiatem wazoniku.
    Tylko siedzieliśmy w tzw. tatami room-ie ,
    Gdzie moje ciało i umysł odnaleźć się nie umie.
    To znaczy obuwie ze stóp ściągnęliśmy,
    Na specjalnej macie do siedzenia usiedliśmy.
    Nagle mąż przyniósł nam pierwsze danie,
    Które wyglądem apetycznie wyglądało niesłychanie.
    To były krążki kalmarów w panierce chrupiącej,
    W smaku bardzo podniecającej.
    Pobudziło moje zmysły,
    Ale te zadowolenia nagle szybko prysły.
    Nagle mąż sushi na macie położył,
    I w moich dłoniach pałeczki umieścił.
    Ohh mnie to jedzenie nimi jak najbardziej wychodziło,
    A mi się po prostu głupio zrobiło.
    Gdyż nie mogłam sobie z nimi poradzić,
    Nie potrafiłam do ust smakołyk „wsadzić”.
    Tych prób było na pewno kilkanaście,
    W pewnym momencie poddałam się właśnie.
    Wówczas mąż wziął sprawę w ręce swoje,
    I najedzeni zostaliśmy oboje.
    Ależ mi wtedy głupio było,
    Ale pod względem smakowym miło było.
    Teraz już się śmieję z tego,
    Ale wtedy to nie było nic przyjemnego.

    Reply

  10. Adrianna14

    23/10/2015 at 19:52

    [J]aka najzabawniejsza sytuacja wydarzyła się w trakcie mojego gotowania?
    [A]kurat takich sytuacji mieszkając w domu studenckim miałam tysiące- dużo do opowiadania.
    [K]tóregoś pięknego dnia jako uczący się fachu młody chef kuchni zrobić szarlotkę postanowiłam,

    [P]okroiłam jabłuszka, uszykowałam ciasto i piekarnik sobie włączyłam.
    [O]czywiście moje ciasto cierpliwie na piekarnik podczas jego nagrzewania oczekiwało,

    [M]yślałam po kilku minutach – Ohhh na pewno już się nagrzało!
    [A] więc wzięłam w rękę moją blaszkę i idę do kuchni znajdującej się na drugim końcu korytarza,
    [Ś]miało chcę otworzyć piekarnik – a tam ktoś sobie frytki i hamburgery odsmaża.
    [L]udzie kochani, ja nie należę do osób mściwych więc złodziejowi w piekarniku strawę zostawiłam,
    [E]mocje mną targnęły, lecz wracając do pokoju wreszcie się uspokoiłam.

    [M]yślę sobie, długo to nie potrwa – to nie wyszukana potrawa,
    [O]ch sama myśl o mej apetycznej szarlotce mnie optymizmem napawa.
    [I] tak odczekałam swoje i po 15 minutach historia się powtarza,
    [M]knę przez korytarz, otwieram piekarnik, a tam schabowy się rozmraża.

    [M]ówię sobie: chyba sobie żartujecie?
    [A]kurat dzisiaj wszyscy w tym samym czasie jeść chcecie?
    [R]obię więc tak- zapuszczam korzenie by pilnować piekarnika lub powieszę kartkę REZERWACJA,
    [Z] takim tempem to zastanie mnie zamiast deseru kolacja.
    [E]mocjonalnie stwierdziłam, że w kuchni pozostanę i będę piekarnika pilnować,
    [N]ie dam się więcej razy zmanewrować !
    [I] tak po długim oczekiwaniu na pewnego od schabowych głodomora,
    [E]widentnie przyszła wreszcie moja i szarlotki pora.
    [M]yślicie, że to koniec mojego pechowego kucharzenia?

    [J]esteście w błędzie – to nie wszystko co się wydarzyło podczas pieczenia.
    [E]xtra ! – pomyślałam wkładając nareszcie do piekarnika moje wypociny,
    [S]toper nastawić i czekać, aż ciasto będzie gotowe – widzę jakie macie miny!
    [T]ak właśnie w pokoju spokojnie na dzwonek końca pieczenia oczekiwałam,

    [Z]erkając do piekarnika po upływie tego czasu nie takiego widoku jednak się spodziewałam.
    [E]ch… klapa totalna, piekarnik wyłączony, a z ciasta zrobiła się kałuża,
    [S]prawdzam co i jak – okazuje się, że sprzęt AGD w akademiku również się wysłuża.
    [T]ak akurat w momencie pieczenia mojej szarlotki po takim oczekiwaniu,
    [A]mbitne plany legły w gruzach, pozostała kawa i ciastka suche w opakowaniu.
    [W]ięcej do końca mojego pobytu w akademiku ciasta nie piekłam,

    [T]ak bardzo wtedy te wszystkie fakty sprawiły, że się zlękłam.
    [E]ch pewnie powiecie, to nic takiego,
    [F]akt – ale to wielka klęska dla kucharza młodego!
    [A] pewnie się Drodzy Czytelnicy zastanawiacie dlaczego odpowiadając na pytanie rymuję ?
    [L]ubię udzielać odpowiedzi kreatywnie – a w pierwszych literach dla Was niespodziankę szykuję !

    Reply

  11. Rafal Stacherczak

    23/10/2015 at 18:07

    Wielka wpadka, samobój, niewypał, tak właśnie mogę nazwać to co przygotowałem mojej żonie z okazji rocznicy ślubu.A miało być tak pięknie…niestety nie udało się. Teraz minęło już trochę czasu od tamtych wydarzeń i szczerze mówiąc śmieję się z mojego niezdarstwa. Miało być romantycznie, a była katastrofa. Ciekawy przepis, zakupione produkty, zaangażowanie i…wielki upadek. Na szczęście zamówione jedzonko z pobliskiej knajpki wszystko naprawiło. Od tamtej pory zakasałem rękawy i zacząłem pichcić na poważnie. Teraz już takiej porażki jak wtedy bym chyba nie osiągnął. Z tej nieszczęśliwej okazji nagrałem kawałek muzyczny, który z czasem dałem wysłuchać żonie. Śmiała się jak oszalała, jaki to ze mnie niezdara. Zresztą posłuchajcie sami, wrzuciłem go dzisiaj na YT. https://youtu.be/7ubOX0krlZM
    aruna85@o2.pl

    Reply

  12. anka32a

    23/10/2015 at 18:03

    Jeśli macie ochotę to posłuchajcie moich historii :)
    1. Mój mąż po ślubie do każdej potrawy dodawał duże ilości soli co przyznam szczerze trochę mnie denerwowało, więc pewnego dnia nasypałam mu dwie kopiate łyżki soli na talerz przed nalaniem zupy – do dziś zanim posoli najpierw próbuje :))
    2. Ostatnio wzięłam się za robienie pizzy i dałam ciała na całej linii – eksperyment okazał się nieudany. Błąd – zapomniałam dodać drożdży przez co ciasto nadawało się co najwyżej na kafelki do łazienki – słowa mojego męża!

    Anna K, anka32a@gmail.com

    Reply

  13. Kawaler 123

    23/10/2015 at 17:45

    I ja również podzielę się z Wami moją historią :))
    Około dwa miesiące temu czekałem zniecierpliwiony na żonę, która wracała po 4 miesiącach pracy w niemieckiej restauracji. Dzwoni: „Będę za godzinę (…)”, więc nerwowo przyspieszam swoje ruchy, wszak młode ziemniaczki dopiero się gotują, tak samo jak rosołek – w sumie to jeszcze nic nie przygotowane. Nakrywam do stołu, już minęło 5 minut, potem kolejne 10 i jeszcze chwila…i moja żona jest już w mych objęciach – spragniona polskiego jedzenia domowej roboty! Biegnę uradowany po pachy i dumny ze swojego menu obiadowego (w końcu zrobiłem coś za czym szaleje moja ukochana:)), w mgnieniu oka odcedzam ziemniaczki, kilka razy podrzucam i zdejmuję pokrywkę, zaglądam do wnętrza zaskoczony, że dziwnie lekko się zrobiło w garnku i…patrzę ze zdumieniem nie dowierzając, że zamiast ziemniaków odcedziłem rosół !!!! Oparłem się o kredens i aż łza zakręciła mi się w oku ze złości połączonej ze wstydem. W efekcie zjedliśmy ziemniaki z mizerią i jajkiem sadzonym, żona była usatysfakcjonowana smakiem obiadu, niemniej jednak ja chwilowo zrezygnowałem z gotowania :)

    Sebastian Liro
    kawa123ler@gmail.com

    Reply

  14. Mirella Katanowsla

    23/10/2015 at 15:04

    Kilka lat temu przydarzyła się mi taka jedna sytuacja,wtedy myślałam,że
    zapadnę się pod ziemię dziś z perspektywy czasu jest zabawna. A było to
    tak,że pewnego dnia sąsiadka namówiła mamę na tzw pokaz patelni,ponieważ
    mamy dużą kuchnię i pomieści się w niej kilka osób zgodziła się. No i
    przyszedł Pan,który pokazywał te super patelnię,aż przyszła kolej na
    patelnię do naleśników,rozgrzał ją wlał na nią gotowe ciasto z butelki i
    wytypował mnie do przełożenia naleśnika,ponieważ przyznałam się,że
    raczej mi to nie wychodzi,a on chciał udowodnić,że patelnie,które
    sprzedają mają magiczną moc i nawet ktoś kto ma dwie lewe ręcę poradzi
    sobie z usmażeniem na niej naleśników. No cóż chciałam się popisać i
    przełożyć naleśnika podrzucając go pod sufit,wiecie tak żeby się obrócił
    po drodze. Cóż nie do końca się udało,naleśnik wylądował na głowie
    biednego akwizyrota :P
    Mirella Katanowska
    mirellakatanowska@wp.pl

    Reply

  15. Mirella Katanowsla

    23/10/2015 at 15:04

    Kilka lat temu przydarzyła się mi taka jedna sytuacja,wtedy myślałam,że zapadnę się pod ziemię dziś z perspektywy czasu jest zabawna. A było to tak,że pewnego dnia sąsiadka namówiła mamę na tzw pokaz patelni,ponieważ mamy dużą kuchnię i pomieści się w niej kilka osób zgodziła się. No i przyszedł Pan,który pokazywał te super patelnię,aż przyszła kolej na patelnię do naleśników,rozgrzał ją wlał na nią gotowe ciasto z butelki i wytypował mnie do przełożenia naleśnika,ponieważ przyznałam się,że raczej mi to nie wychodzi,a on chciał udowodnić,że patelnie,które sprzedają mają magiczną moc i nawet ktoś kto ma dwie lewe ręcę poradzi sobie z usmażeniem na niej naleśników. No cóż chciałam się popisać i przełożyć naleśnika podrzucając go pod sufit,wiecie tak żeby się obrócił po drodze. Cóż nie do końca się udało,naleśnik wylądował na głowie biednego akwizyrota :P

    Reply

  16. Agnieszka

    23/10/2015 at 13:56

    Nigdy nie zapomnę jak podczas zajęć ZPT w szkole podstawowej urządziliśmy sobie z chłopakami bitwę na rzucanie się bitą śmietaną i kawałkami biszkopta gdy nauczyciel wyszedł na chwilę z klasy. Gdy stojący na czatach kolega rzucił hasłem: WRACA, w mig wszystko uprzątnęliśmy i jak gdyby nigdy nic zabraliśmy się dalej do robienia tortów. Pech chciał, że przeoczyliśmy placek bitej śmietany na nauczycielskim krześle. Gdy psor wstał z niego nieco później, była niezła awantura. Skończyło się po negocjacjach z rodzicami na naganie i sprzątaniu całej klasy, a groziło nam już niejechanie na trzydniową wycieczkę w góry.

    Pozdrawiam
    Agnieszka Białek
    agusiabialek@gazeta.pl

    Reply

  17. Anna Król

    23/10/2015 at 09:46

    Pamiętam gdy na początku swojej znajomości z chłopakiem, prawie za każdym razem gdy przyjeżdżał do mnie piekłam ciasto, przygotowywałam coś dobrego do jedzenia. Kiedyś mój chłopak sam zaproponował, żebym się przygotowała bo on przygotuje wykwintną kolację dla nas. Bardzo się ucieszyłam, że sam coś przygotuje. Pożyczyłam piękną sukienkę od przyjaciółki, ładnie się umalowałam i ułożyłam włosy. Pojechałam do niego do domu. Otworzył mi drzwi, zabrał mój płaszczyk, zamieniliśmy kilka słów na korytarzu i zaprosił mnie do kuchni. Wchodzimy do kuchni, spoglądam na niego, później patrzę na stół na którym leżały kawałki mięsa w sosie… Słowo „leżały” bardzo dosadnie ukazuje to co tam zastałam. Kot na stole, cały z buzią w jeszcze gorącym sosie, polędwiczki na białym obrusie i nowym dywanie… Okazało się że gdy mój chłopak wyszedł przywitać mnie w drzwiach, kot wyczuł moment, wskoczył na stół i zabrał się za jedzenie polędwicy w sosie… No cóż, na kolacje nie zjedliśmy polędwicy. Została nam sałatka, której kot nie ruszył z sosem vineret i butelka wina. Do tej pory śmiejemy się z całej sytuacji która zaszła. Parę lat po tej nieszczęsnej kolacji udało się zjeść polędwicę na kolację. Po tej kolacji ofiarował mi pierścionek i stał się moim narzeczonym :) W przyszłym roku bierzemy ślub.

    Anna Król
    anna–krol@wp.pl

    Reply

  18. Justyna B

    23/10/2015 at 08:24

    Druga historia miała miejsce kilka lat temu, byłam już dużą dziewczynką lubiącą bawić się w kuchni :) Przyjechał do mnie chłopak i chciałam mu zrobić swoje ulubione danie którego on nigdy nie jadł – kopytka (jak można nigdy nie zetknąć się z kopytkami?!). Problem był taki, że ja te kopytka uwielbiałam, jadłam u Babci, ale nigdy ich nie robiłam… Ugotowałam wcześniej ziemniaki, przecisnęłam je przez praskę a kiedy mój chłopak przyjechał, zostawiłam go w internetach w pokoju a sama udałam się obok do kuchni. Do ziemniaków dałam jajka, przyprawy, ale zapomniałam ile dodać maki. Przepis miałam otwarty w internecie. Krzyczę więc do pokoju obok:
    – B……..! Zobacz tam w necie, jest otwarty przepis na kopytka, ile maki tam trzeba dodać?!
    – ……………
    – Co? Nie usłyszałam!
    (Trochę niewyraźnie ale usłyszałam) – 30g!
    – Ile? Tylko tyle? Serio?!
    – No tak tu piszą!
    – Na pewno?!
    – No przepis na kopytka, tyle napisali, chodź zobacz jak chcesz!
    – Nie mogę teraz, smażę!

    Dziwnie mało tej maki, ale tak dumałam nad tym i wydumałam, że skoro tak piszą, to chyba tak musi być…

    – B……..! A zobacz mi i le to 30g mąki, Ile to łyżek!
    -2!
    – 2?! Na pewno?
    – No 2!

    Ok, teraz już w ogóle miałam zagwozdkę.

    – A na pewno dobrze sprawdziłeś ilość mąki w przepisie?
    – Na pewno! Rób, głodny jestem!

    Ok. dla pewności tej maki wsypałam trzy łyżki. Trochę się lepiło to dałam jeszcze łyżkę. Ciasto jakie-takie wyszło. Uformowałam kopytka. Wrzucam na gotująca się wodę. I pfffffff! Kopytka zniknęły zamieniając się w zupę ziemniaczaną :) Zaklęłam siarczyście, na co przybiegł mój Chłopak.

    – Zobacz co się stało, tak coś czułam, że te 30g mąki to za mało, co to za przepis był….
    – Ale czemu dałaś 30g? Przecież krzyczałem 300….
    – ……….

    Zamówiliśmy pizzę :D A do dziś straszę chłopaka jak wydziwia nad obiadem, że mu kopytka zrobię :D

    Justyna Bańkowska
    j-bankowska@wp.pl

    Reply

  19. Justyna B

    23/10/2015 at 08:06

    Historie mam takie dwie, które są wspominane nawet po latach, a zacznę od tej, która wydarzyła mi się w dzieciństwie.
    Co drugi tydzień, kiedy Tata pracował na wcześniejszą zmianę, po powrocie ze szkoły pomagałam mu przygotować obiad żeby był gotowy na powrót Mamy z pracy. „Przygotować” to bardzo duże słowo, bo Mama szykowała wszystko wcześniej wystarczyło tylko obrać ziemniaki, i usmażyć kotlety lub cośtam odgrzać. Natomiast Mama nie przewidziała, że mój Tata ma ułańską fantazję a i ja przy nim dostaję małpiego rozumu :)
    Któregoś dnia zostawiła nam schabowe do opanierowania usmażenia. Już wtedy lubiłam oglądać programy kulinarne, a Tata, zainspirowawszy się jednym z nich stwierdził, że zrobimy Mamie niespodziankę i ulepszymy obiad po swojemu! Mięsa nie opanierował a usmażył saute, i zabraliśmy się za sos. Na patelnię po smażeniu mięsa wlaliśmy wodę (dowiedzieliśmy się z tv co to deglasowanie, ale akurat ani wina ani rosołku nie było pod ręką). hm. co dalej? Posoliłam, popieprzyłam, Tata dorzucił czosnku. hm, ciągle czegoś brakowało, jakieś to nieosowate. dosypałam mąki. Tyle, że trochę za dużo, zrobiła się masa o konsystencji cementu. Rozrzedził to tata mlekiem, ale ta mąka puchła i puchła, ciągle było gęste! W końcu konsystencja była już ok, tylko cały smak się rozmył. Dodałam soli i pieprzu. No, tym razem za mocno przechyliłam solniczkę, znów dodaliśmy mleka i mąki. Sos nie mieścił się na patelni wiec trochę musieliśmy odlać ;) Jeszcze kilka razy dodawaliśmy po odrobinie mleka i maki żeby konsystencja nas zadowalała. Udało się! Tylko ten smak… jakiś taki… dziwny… Wyciągnęliśmy skrzyneczkę z przyprawami Mamy. Wąchała, jak pachniało ładnie, dodawałam trochę. Tata w końcu ocenił, że smak może być. Uszykowaliśmy pięknie danie na talerzu. Mama wróciła, spróbowała, a my dumni czekaliśmy na pochwałę… Niestety, Mama sos wypluła, podobno był niejadalny! Ja tam nie wiem, w pamięci mam jego dziwny smak do dzisiaj, ale to chyba sama atmosfera pierwszych eksperymentów w kuchni sprawiła, że w pamięci jawi mi się jako coś pysznego! Choć, obiektywnie rzecz biorąc, zdaje mi się, że make i czosnek mogliśmy trochę przypalić na początku….

    Justyna Bańkowska
    j-bankowska@wp.pl

    Reply

  20. moniaaa777

    22/10/2015 at 22:22

    Jakieś 5 lat temu kupiłam mikrofalówkę, a z racji tego, że to była już „nowa technologia” moja mama miała problem z jej okiełznaniem, a mianowicie nie mogła do końca zrozumieć zasad jej działania…Za nic w świecie nie dała się przekonać, że nie można w niej gotować jajek – była przekonana, że to dotyczy tylko jajek w skorupkach, które mogą eksplodować od wewnątrz. Po kilku dniach namysłu wpadła na pomysł odgrzania jajka ugotowanego na twardo, bez skorupki, bo niby dlaczego miałaby tego nie robić ? O tym przekonała się cała rodzina chwilę później. Mama wyjęła z mikrofalówki jajko, które na pierwszy rzut oka wyglądało całkiem normalnie, do momentu, aż spróbowała je przekroić na pół…właśnie wtedy jajko ‚wybuchło’ jak purchawka, a wnętrze nie tylko kuchni, ale i całego domu wypełniło się smrodem zgniłych jaj! Feee!

    Monika Klichowska
    moniaaa777@gmail.com

    Reply

  21. Michalina

    22/10/2015 at 22:21

    Jako młoda żona , w kuchni nie mogłam się odnaleźć. Rachunki za telefon
    na początku były duże, skoro z każdą potrawą, którą miałam ugotować
    dzwoniłam oczywiście do mamy. Biedny mąż przechodził test na przeżycie
    codziennie. Początkowo jadał zupy tzw. lury, wszystko ugotowane na
    wywarze, ale nie zabielane. Tłumacząc się, że jestem na diecie, przecież
    nie przyznam się, że nie potrafiłam zabielić. Efekt taki mąż schudł a
    ja nie.
    . Jako młode małżeństwo dużo mieliśmy gości, zaprosiłam więc moje przyjaciółki na ciasto i winko, to pamiętam miała być szarlotka, aromat
    domowego ciasta unosił się po całym domu, a jakie było zdziwienie,że ono
    nie urosło, a było tak twarde, że nie mogłam wbić nawet widelca. No cóż
    pozostało nam tylko wino. Największą jednak wpadkę przeżyłam, gdy jako
    świeżo upieczona żona zaprosiłam na obiad teściów. Ziemniaków
    zapomniałam posolić, do fasolki szparagowej dodałam cukier zamiast
    soli, kwitując to wszystko -przecież się nie zakochałam -upsss- do tej
    pory nie zapomnę miny teściowej- tylko nie wiem z którego powodu obiadu
    czy wypowiedzi

    pozdrawiam

    Michalina Idczak
    (mik5598.1990@o2.pl)

    Reply

  22. Karolina

    22/10/2015 at 22:18

    Moja
    kuchnia wcale nie wygląda na miejsce, gdzie mogą dziać się dziwne lub
    śmieszne rzeczy. Jest to całkiem zwyczajna kuchnia z gazówką, lodówką i
    zlewozmywakiem. Jednak i tu wydarzyła się przezabawna historia w dniu
    moich urodzin. Organizowałam małe przyjęcie dla rodziny i wąskiego grona
    znajomych u mnie w mieszkaniu. Krzątałam się jeszcze w kuchni, gdy
    nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeden, drugi… Goście! Nie spóźnili
    się ani minuty, a nawet przyszli nieco za wcześnie. Weszli, klapnęli,
    gdzie się da… klops! Cicho, sztywno, drętwo. Ratunku! Co zrobić? Jest
    na to rada.
    Zanim
    się rozkręcą, rozpaplają i zaszaleją- muszą mieć pod ręką dużo czegoś
    do chrupania i litry napojów, czyli trzeba dać im coś na ząbek i
    gardziołko. Szybko zaczęłam znosić wszystko do pokoju: chrupki,
    paluszki, popcorn, a z lodówki ciasto, sałatki i schłodzone napoje. Gdy
    już ochłonęłam i usiadłam, nagle zdałam sobie sprawę, że nie mam na nosie okularów. Zaangażowałam wszystkich
    gości. Zaczęliśmy szukać wszędzie: w łazience, sypialni, pokoju, na
    kanapie, pod fotelem, w kuchni, na stole itp. Nigdzie ich nie było. Po
    godzinie byliśmy tak zmęczeni, ze musieliśmy odpocząć. Wypiliśmy
    wszystko, co było na stole, ale było tego za mało i chcieliśmy więcej.
    Mój kuzyn poszedł do kuchni po zmrożoną colę. Gdy wrócił, miał nie tylko
    picie, ale też…. moje okulary! Znalazł je w lodówce! Wtedy
    przypomniałam sobie, że miałam je przy sobie, ale gdy brałam napoje,
    odłożyłam je na chwilę, by mieć wolne ręce. Śmiechu było co nie miara.
    Tych urodzin nikt z nas długo nie zapomni,ale najważniejsze, że okulary
    się znalazły.

    Karolina Jodko
    karolina2701@poczta.fm

    Reply

  23. Oktawia23

    22/10/2015 at 20:57

    Nie wiem czy moją przygodę z gotowaniem można zaliczyć do zabawnych, ale myślę, że tragikomedia byłaby z tego niezła. Mimo, iż od kilu dobrych lat jestem mężatką i szczęśliwą mamusią to jedna w kuchni bywam raczej gościem i to dosyć ekstrawaganckim. Nie uznaję stroju „domowego” dlatego też gdy gotuję robię to w najlepszych ciuchach, pełnym makijażu i drogiej biżuterii. Tak było również i tym razem, gdy Mąż zaprosił swych rodziców do nas a oni zażyczyli sobie typowo śląski obiad. Nic innego mi nie pozostało niż spełnić ich życzenie. Namęczyłam się trochę nad kluskami, kapustą i roladą, ale efekt był imponujący.Niestety tuż przed przyjazdem Teściów zorientowałam się, że z palca zniknął mi bardzo drogi pierścionek, który dostałam od Męża na urodziny.Po szybkim przeszukaniu mieszkania musiałam ze smutkiem stwierdzić, iż pierścionek zginął bezpowrotnie. Lubemu oczywiście nie przyznałam się do tego.Z bardzo popsutym humorem musiałam powitać gości i pełnić honory Pani domu. Wszystko szło jak po maśle, komplementy dotyczące jedzenia sypały się z każdej strony, aż do momentu gdy Teść nie zaczął się dusić. Wystraszyliśmy się nie na żarty ponieważ nabierał koloru buraczano-sinego i nie potrafił wydusić z siebie słowa. W tym momencie Mąż doskoczył do niego, zastosował specjalny chwyt i z ust Teścia wyleciał błyszczący się przedmiot.Ku zdziwieni wszystkich obecnych przedmiot ów okazał się zagubionym pierścionkiem. Okazało się, że „schował” się on w tych przepysznych kluskach śląskich. Teściowie do dzisiaj się śmieją, że można zjeść u mnie przepyszny obiad, ale jest szansa, że już ostatni w swoim życiu :-)

    Oktawia Tadej
    nina.malina@onet.com.pl

    Reply

  24. Ela

    22/10/2015 at 20:23

    Parę razy przymierzałam się do wzięcia udziału w konkursach, ale albo nie miałam czasu, albo zapominałam, zawsze było jakieś ale, ale ……… nie tym razem. Co prawda nic mi w kuchni nie wybuchło, nic się nie spaliło (no prawie nic, bo było jajko na czarno, mleko na czarno), ale to nie były zabawne sytuacje, ale śmierdzace! U nas zabawne sytuacje miały i mają miejsce z nazewnictwem potraw. Jedna historia dotyczy knedli, do których ciasto robię z białego sera. Młodszy syn widząc nowe danie zawsze pyta jak się ono nazywa. O knedle też zapytał. Odpowiedziałam, że to knedle z truskawkami, jednak nazwa knedle nie wiele mu powiedziała. Tłumaczę więc, że knedle to takie kulki jak widzi zresztą na talerzu. Knedle się przyjęły. Gdy następnym razem robiłam te knedle, syn przybiegł i pyta się czy zrobiłam już te KULFONY. Pośmialiśmy się, ale nazwa tak nam się spodobała, że od kilku lat moje dzieci często jedzą kulfony. Kolega syna też się kiedyś załapał na kulfony, a później próbował wytłumaczyć swojej mamie co jadł…….. Druga sytuacja dotyczy makaronu ze szpinakiem. Gdy po raz pierwszy przygotowywałam to danie mój syn znowu zapytał jak się ono nazywa. W pośpiechu wymysliłam nazwę: danie Shreka (tylko to mi się skojarzyło z tą zielenią, a nie chciałam użyć słowa szpinak). Danie przyjęło się, razem z nazwą oczywiście. W tym tygodniu, gdy przyrządzałam szpinak, syn zapytał co przygotowuję. Powiedziałam, że szpinak, a on na to, że nie lubi szpinaku. Z wielkim zdziwieniem mówię, przecież smakowało ci to danie, a on na to, że jemu smakowało danie Shreka, a nie szpinak,….. Na koniec dodam, że jak piekę Barcelonę, to znaczy, że piekę wykwintnego królewicza, z którego zrobiłam kiedyś tort dla starszego syna dekorując go herbem FC Barcelony. Problem pojawił się, gdy zgubiłam przepis, bo właściwej nazwy ciasta nie pamiętałam… Wszystkie wymyślane nazwy wchodzą do naszego rodzinnego słownika i śmiejemy się w różnych sytuacjach, gdy używamy ich zapominając, że inni nie wiedzą o co chodzi!

    Ela Sobczyk
    elasob@poczta.fm

    Reply

  25. Katarzyna Prosinska

    22/10/2015 at 17:41

    Byłam „świeżo upieczoną mężatką”. Właśnie wprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Pełnia szczęścia. Wielkanoc za pasem. Postanowiliśmy zaprosić na pierwsze Święta w nowym „gniazdku” najbliższą rodzinę. Gotowanie nie było moją najmocniejszą stroną, natomiast pieczenie ciast opanowałam do perfekcji. Postanowiłam zabłysnąć przed rodziną męża jako idealna kucharka i poprosiłam o pomoc siostrę, która w przeciwieństwie do mnie wspaniale gotuje, lecz ciasta zawsze kupuje w cukierni. Świąteczne potrawy wyszły rewelacyjnie. Wypieki: babki, mazurki i serniki prezentowały się pięknie. Świętami pachniało w całym domu. Nazajutrz na Świąteczne śniadanie stawiła się cała rodzina, w tym moja pomocna siostra z mężem i z 14-miesięcznym synkiem, który usnął w drodze do nas. Mój mąż wstawił wózek ze śpiącym maluchem do pokoju, w którym poprzedniego dnia ustawiłam na ławie swoje popisowe wypieki. Śniadanie wypadło wspaniale, przyszła pora na deser. Po cichutku poszłyśmy z siostrą po ciasta. Okazało się, że ocalała tylko gotowana babka i kawałek mazurka. „Miksem” ciast rozkosznie bawił się mały Mikołaj, który umazany kremem i czekoladową polewą był jeszcze słodszy niż zazwyczaj:)

    Katarzyna Prosińska
    kazikonda0@o2.pl

    Reply

  26. Marta Rudnicka

    22/10/2015 at 15:28

    Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej przygody z szybkowarem. Miał być aromatyczny rosół. miała być zachwycona teściowa i teść oblizujący wąsy. Miał być mój debiut jako początkującej żony i zdolnej kucharki. Zamiast tego była eksplozja zaworka na pokrywce, cała kuchnia lśniąca rosołem i zwisające z sufitu stalaktyty z rozgotowanego pora…Jesteśmy 15 lat po ślubie, a teściowa do tej pory stara się u nas nic nie jadać bo nie ma do mnie zaufania w kwestiach kulinarnych.

    Reply

  27. Danuta Sobota

    22/10/2015 at 11:02

    Pierwsze Święta Bożego Narodzenia ,które sama
    przygotowywałam- na samo wspomnienie chciałabym się kopnąć tam gdzie plecy
    kończą swą szlachetną nazwę,(oczywiście gdybym tylko mogła sięgnąć).
    A było
    to tak-12 potraw na stole,w pokoju uchachana rodzina, szczęśliwi bo nie musieli
    nic robić a nawet pochłoniętych kalorii nikt liczyć nie zamierzał.na opening-
    śledzik,wszyscy mlaszczą z zadowoleniem a wujek Janusz podkręca z zachwytem
    wąsa.Atmosfera jak z reklamy kawy, sztućce wesoło stukają o talerze i nagle
    cisza jak makiem zasiał.W temacie-barszcz czerwony z uszkami,goście glamią
    strasznie ,chwytam za chochelkę nalewam zupy pierwsza próba i APOKALIPSA! Do
    wazy zamiast barszczu w pośpiechu wlałam sok porzeczkowy!!!Patrzę na dzbanek z
    barszczem i na wazę z sokiem i czuję że robię się czerwona jak burak,a wujek
    Janusz dobija mnie komentarzem ” Ale ta zupka to chyba nie ten tego, co?”.To
    zdecydowanie moje najgorsze wspomnienie kulinarne,choć oczywiście jest szansa to
    przebić,w końcu jeszcze tyle Świąt przed nami:-)

    hiszpa99@op.pl

    Reply

  28. Anna

    22/10/2015 at 00:51

    Moje jest krótkie. Wraz z przyjaciółką chciałyśmy przygotować sobie popcorn, urządzałyśmy wieczorek filmowy. Było to na studiach, więc obie miałyśmy powyżej dwudziestu lat. Postawiłam na ogniu olej i wyszłam do łazienki, przykazując jej by wrzuciła ziarna, gdy olej będzie dobry. Przyjaciółka, widząc dymiący się olej, powiedziała:
    – Zobacz, gotuje się już. Możemy wrzucać popcorn.

    Daję słowo, robi za to fantastyczne przetwory (oprócz tych smażonych ;)).

    Dane: anael [at] poczta.onet.pl
    Anna Kaczmarczyk

    Reply

  29. Katarzyna

    21/10/2015 at 19:58

    Ja też jajeczną historię opowiem, która stała się udziałem mojej koleżanki. Kilka lat temu koleżanka po prostu gotowała jajko na twardo. Ugotowała; obiera i… strrrasznie śmierdzi. Zdecydowała się rozkroić (dziecięca ciekawość ), a tam… kurzy embrion ugotowany! Feee!!
    Ja natomiast lubię gotować i przeróżne potrawy, ale jestem dość roztrzepaną osobą, tak więc raz zdarzyło mi się tak „ugotować” wodę w czajniku, że czajnik trzeba było wyrzucić; spalił się doszczętnie Ziemniaki też kiedyś gotowałam tak intensywnie, że wyszły pieczone i to na węgiel-garnek też nie wyszedł z tego cało katarzyna.lopag@gmail.com

    Reply

  30. Mariusz Zi

    21/10/2015 at 15:40

    Dla mnie najzabawniejsze było uganianie się za karpiem po
    całej kuchni. Włożyłem rybę do zlewu i na chwilę wyszedłem do łazienki. Po
    powrocie zastałem rybę na środku podłogi. Za nic nie mogłem jej złapać, bo
    wyślizgiwała się skubana z rąk. Zanim ją dorwałem minęło chyba z 30 minut. Dla mnie
    to może było zabawne, ale dla niej na pewno nie, bo zanim skończyła na patelni
    sporo się biedaczka nacierpiała. Od tamtej pory nie kupuję żywych karpi, bo to
    stres zarówno dla mnie jak i dla ryby.
    Mariusz Ziora blackpearl200@interia.pl

    Reply

  31. Mirosław

    21/10/2015 at 15:39

    Dostałem kiedyś polecenie od żony, żeby zrobić kompot, bo
    będziemy mieć na obiedzie gości. Wszystko miałem szczegółowo napisane na
    kartce. Łatwizna. Tyle tylko, że przed podaniem nie spróbowałem i to był duży
    błąd. Goście zachwycali się obiadem, a kiedy napili się kompotu zauważyłem, ze
    miny im zrzedły. Ale kulturalnie nikt nic nie powiedział. Dopiero 5-letnie
    dziecko wypaliło – „co ten kompot taki słony?” okazało się, że zrobiłem napój
    na posolonej wodzie po ziemniakach :-) taki tam drobny szczegół.

    Mirosław Ziora
    rabarbar55@interia.pl

    Reply

  32. Cadavre

    21/10/2015 at 15:28

    Dla mnie najzabawniejsze było gotowanie razem z teściową,
    choć gotowaniem to ja bym tego nie nazwała. Była to raczej walka na noże, bo
    każda chciała przeforsować swoje zdanie i w rezultacie powstał totalny chaos i bałagan.
    Jednym słowem masakra. Było to na kilka dni przed wigilią. W planach było
    zrobienie bigosu, pierogów, makowca. Jak ja chciałam zrobić makowca z ciastem
    drożdżowym to teściowa na przekór roladę. Do bigosu chciałam dolać odrobinę
    czerwonego wina, a teściowa nie – bo nie będzie czuć smaku kapusty. Paszteciki chciałam
    zrobić z dodatkiem wątróbki, a teściowa nie, bo według jej przepisu powinno być
    bez. No i tak się sprzeczałyśmy cały dzień. Koniec końców kuchnia wyglądała jakby
    przeszedł przez nią huragan -, mąka na podłodze, kapusta na ścianach, a obie
    wyglądałyśmy jak dwa bałwany. Kiedy spojrzałyśmy na siebie nawzajem wybuchłyśmy
    takim histerycznym śmiechem, że aż rozbolały nas brzuchy. Od tamtej pory nie
    gotujemy wspólnie tylko dzielimy się potrawami, które przygotowujemy
    samodzielnie, ale na samo wspomnienie uśmiechamy się porozumiewawczo. Tylko my
    dwie wiemy co wtedy działo się w kuchni. To nasze wspólne pichcenie bardzo nas
    do siebie zbliżyło i moja teściowa na pewno nie jest tą osobą z kawałów.

    Justyna Ziora
    jusz16@gmail.com

    Reply

  33. blackpearl20

    21/10/2015 at 15:19

    Gdybym mogła cofnąć czas

    Nie powróciłby ten raz.

    Kiedy mając latek naście

    Przesadziłam w mym toaście.

    Lekko wstawiona w kuchni sałatkę doprawiałam

    I chyba za dużo chilli wsypałam

    Urodziny ważna sprawa,

    Moja duma jednak ucierpiała

    Gdy lądując twarzą w klopie

    Nie zauważyłam, że jakieś chłopię

    Zażywa pod prysznicem kąpieli.

    Widzieć mnie wtedy byście nie chcieli.

    Tak mój urok efekt wywarł,

    Że chłop na zawał prawie umarł.

    Skutek tego opłakany

    Mój wizerunek został złamany

    A ja nigdy nie pichcę na bani.

    Barbara Ziora
    blackpearl20@interia.pl

    Reply

  34. Edyta Z

    21/10/2015 at 15:07

    Mam w domu niezłego rocznego kociego urwisa. W jedną z
    letnich niedziel wzięłam się za przygotowywanie obiadu. Nastawiłam na piecu
    rosół i poszłam do ogrodu obierać warzywa na sałatkę. Po ok. 40 minutach
    wróciłam, żeby doprawić zupę. Celowo nie przykrywałam garnka pokrywką, żeby
    zupa nie wykipiała. Mieszam i oczom własnym nie wierzę. Na wierzch wypływa mała
    myszka albo ryjówka. Potem patrzę na podłogę, a tam leżą jeszcze jakieś dwa
    inne martwe gryzonie. Widać mój kotek jest taki wspaniałomyślny, że postanowił
    się ze mą podzielić swoim obiadem. Jest też inna opcja – może chciał, żeby mu
    to ugotować albo jakoś inaczej przyrządził? Może w panierce, albo faszerowane? Sprzątając
    martwe myszy kocur wszedł do kuchni i znowu, niby od niechcenia, rzucił na środek
    kuchni kolejnego gryzonia. Miauknął dwa razy – pewnie coś w stylu „weź mi to ugotuj” i poszedł na fotel
    się zdrzemnąć. Kot jest po prostu obłędny. A ja przynajmniej się nauczyłam,
    żeby zawsze przykrywać garnek pokrywką.

    Edyta Ziora
    edytaziora@interia.pl

    Reply

  35. Franulka

    21/10/2015 at 12:45

    To było jakieś 20 lat temu.Moja kuzynka w sobotę brała Ślub.W piątek wieczorem razem z moją siostrą udałyśmy i paroma osobami z rodziny udałyśmy się do Domu Weselnego, zobaczyc, jak przebiegają przygotowania.Zobaczyłyśmy ogromny pakunek wypełniony bochnami chleba.Jeden z nich szczególnie się wyróżniał.Był piękny,okrągły,posypany makiem.Nie namyślając się długo odgryzłyśmy każda z nas po kęsie,nie domyślając się nawet, że był to weselny chleb do przywitania Państwa Młodych chlebem i solą.Wydało się w dniu Ślubu,przed samą ceremonią powitania.Panna Młoda była załamana, ponieważ były to czasy, że nie można było dostac w każdej chwili weselnego chleba.Został on jednak użyty, odgryzione kęsy zasłonięte serwetką.Było nam głupio i wstyd, chociaż wprawiło nas to w dobru humor.Na pocieszenie dodam, że małżeństwo mojej kuzynki trwa już 20 lat i jest bardzo udane, tak więc to nie była zła wróżba.

    Pozdrawiam
    Franulka

    franulka5@gazeta.pl

    Reply

  36. zauberi

    21/10/2015 at 11:50

    Jak się spotykam z moją przyjaciółką to na hasło ptysie obydwie się uśmiechamy, chociaż cała historia wydarzyła się jakieś 20 lat temu, byłyśmy jeszcze dziećmi (chodziłyśmy do podstawówki) i ambitnie postanowiłyśmy zrobić ptysie, nie wiem co poszło nie tak ale to co wyjęłyśmy z piekarnika bliżej miało do naleśnika niż do puchatych ptysiów. Głodna rodzinka domagała się deseru, my już nie miałyśmy składników by zrobić drugą partię, więc jakoś strzykawką do kremu napompowałyśmy te placki kremem :D, wyglądały komicznie, krem ciężko było wcisnąć więc na środku takiego placuszka była górka z kremem. To były moje pierwsze ptysie od tamtego czasu do ciasta parzonego podchodziłam jak do jeża. Za to moja przyjaciółka jest mistrzynią karpatki i podobnych wypieków!
    mail: niebieska.pistacja@gmail.com

    Reply

  37. Ela Redelbach

    20/10/2015 at 22:18

    zapomniałam dodać maila :P
    miodzio13@op.pl

    Reply

  38. Ela Redelbach

    20/10/2015 at 22:17

    Dzień przed Sylwestrem mieliśmy u siebie w mieszkaniu kolędę. Wizyty duszpasterskie miały się zakończyć tego dnia u nas, więc chcieliśmy urządzić uroczystą kolacje. Rano byłam jeszcze u manicurzystki na robieniu tipsów na bal, na który mieliśmy iść następnego dnia. Tipsy były przeeleganckie, kobaltowe z cyrkoniami, ale niestety niewygodnie się w nich gotowało. Podczas mieszania łazanek zauważyłam, że jednego z nich zabrakło : o Przerażona szukałam go po całej kuchni!! Nie było go w zlewie, na kuchence, ani na przygotowanej zastawie. Musiał się znajdować w którejś z potraw….

    Dzwonek do drzwi – ksiądz. Nie ma czasu na dalsze przeczesywanie kuchni, trzeba podać dania do stołu. Spotkanie było bardzo miłe, tak więc zupełnie zapomniałam o mojej małej ‚zgubie’. Jednak po wizycie kapłana, sprzątając ze stołu zauważyliśmy z mężem niebieskiego tipsa w serwetce duchownego. Nie spaliśmy prawie całą noc, tak bardzo się śmialiśmy z tej sytuacji. Anegdota była również hitem na balu sylwestrowym :D

    Reply

  39. Edyta

    20/10/2015 at 20:39

    Nie ukrywam, że do pewnego momentu w kuchni siedziałam jako „gość”, czekając tylko aż mama poda obiadek . Wszystko byłoby cacy, jednak pewnego dnia mama oznajmiła „Jutro obiad gotujecie sobie sami , ja muszę jechać w delegację „. Miałam wtedy naście lat, wróciłam po szkole do domu . Razem z tatą zabraliśmy się za gotowanie , tato obrał ziemianki, ja wyciągam mięso (ja byłam amatorem , gotowaniu się tylko przyglądałam, a tata ? jeszcze większy amator ). Tata otworzył lodówkę i mnie woła : „ejj córcia, mama zapomniałam o zupie „. No patrzę, wygląda jak rosół. No to bach . Mięso schowałam spowrotem, tata ziemianki wyniósł i podgrzaliśmy sobie . Zagotowaliśmy makaron i włola . Zupa była jakaś mdła, dziwna, niby ze smakiem a jednak bez , lekko ostra – w sumie nas to przestało dziwić, w końcu to rosół .Następnego dnia mama wróciła, i pyta się gdzie jest ten garnek z lodówki . No to mówimy jej, że podgrzaliśmy sobie tą zupę i zjedliśmy . A ona ? Wybuchła śmiechem „i co ?smakowało Wam? To był wywar na dzisiejsza zupę a nie zupa „. No cóż… zjeść zjedliśmy . Kilka tygodni później gotowałam zupę (mama mnie wcześniej uczyła ) (rodzice tego dnia mieli załatwienia i mieli przyjechać na sam obiad), no i chciałam odcedzić . Odcedziłam do … zlewu, zapomniałam podłożyć garnka . Przyjechali, pytają „co na obiad?” A ja , nic „pizze zamówimy”. Ich miny ? Bezcenne ! A jak im wyjaśniłam dokładnie czemu nie ma obiadu ? Pokładali się ze śmiechu. Do tej pory opowiadają tą historię na każdym spotkaniu rodzinnym .

    A jednak … GOTOWANIE ŁĄCZY RODZINY ! Zestaw garnków ? W moim domu jest wręcz niezbędny ! Potrzebuję go w kuchni, jak wielbłąd wody na pustyni .Pozdrawiam edka767@gmail.com

    Reply

    • Edyta

      22/10/2015 at 21:06

      Edyta Klichowska

      Reply

  40. asiek07095

    20/10/2015 at 17:12

    Kiedyś jako 8latka miałam zrobić masę solną i wyrzeźbić ” psa który jeździł koleją”. Mamy wtedy nie było w domu więc sama zabrałam sie za tworzenie masy . Mąka była wszędzie . Choc ja tego nie widziałam. No i gdy już wyrzeźbiłam postawiłam mojego pupila na telewizorze… Gdy przyszła mama bardzo krzyczała że taki syf i wgl. A żeby było tego mało moją solną figurkę zjadł mój kochany pies… To pierwsza w historii praca domowa faktycznie zjedzona przez psa …

    Reply

  41. Ja To Ja

    20/10/2015 at 12:06

    Moja historia jest krótka ale bawi mnie do dzisiaj. Mialem 8 może 9 lat byłem akurat sam w domu a byłem bardzo głodny i miałem ochote na naleśniki więc zabrałem sie za robienie ciasta, nigdy wcześniej nie robiłem naleśnikow tylko widziałem jak robią je rodzice więc wiedziałem, ze trzeba dac: mleko, mąke, cukier, jajka, no i tak zrobilem z tym ze ciasto wyszlo bardzo gęste myślałem ze musi takie byc dałem 4 jaja pełno mąki, rozgrzałem patelnie no i zacząłem smarzyc pierwszego nalesnika, jako, ze widsialem jak odwraca je na patelni mój tata pomyślałem ze tez spróbuje więc podrzuciłem go do góry poleciał wysoko zrobil ze 3 obroty, co w tym śmiesznego? Otóż naleśnik juz nie spadł na dół przykleił się do sufitu gdy przyszli rodzice niczego sie nie domyslajac zaczeli cos gotowac chyba zupe juz prawie byla gotowa gdy nalesnik z sufitu wraz z tynkiem z sufitu wpadl do garnka chlapiąc całą kuchnie zupą a na suficie zostało prawie idealne kółko bez tynku
    Autor Jakub Majchrzyk
    kubamajchrzyk@gmail.com

    Reply

  42. Karolina Pardyka

    19/10/2015 at 23:39

    Ciasto babci

    Raz babcia miała ochotę na ciasto z jabłkami

    Podzieliła się ze mną swoimi radami

    „Dodaj mleko i mąkę i masło.

    Patrz, tylko, by w piecu nie zgasło.

    Dodaj jajko, drożdże do ciasta,

    Dwie szklanki cukru – i basta!

    Wszystko wymieszaj bardzo dokładnie

    Do formy przełóż, ułóż jabłka starannie.

    Całość do pieca, dalej wiesz sama”

    Babcia wyszła z kuchni, weszła mama.

    „Mamo, nie mam czasu teraz wcale”

    – Mówię jej, nie jak w kawale –

    „Trzeba zrobić ciasto z masłem,

    Zerknij, czy w piecu nie gaśnie,

    Z mąką, mlekiem, cukrem ciasto”

    – Powiedziałam szybkie hasło –

    Jest potrzebne jajko też

    To dla babci ciasto, wiesz?”

    I wybiegłam wtedy z domu

    Nie mówiąc o tym nic nikomu.

    Mama zaczęła robić ciasto,

    Dała mąkę, cukier, masło,

    Jajko, mleko i składniki połączyła

    Przy tym bardzo pilna była

    Na wierzch jabłka i do pieca

    Gdy wyjęła – niezła heca!

    Wtedy i ja wróciłam z miasta

    Babcia już w kuchni, a zakalec z ciasta

    Wtedy za głowę się mocno złapała

    „Dałam dobry przepis” – tak powiedziała

    „Coś poszło nie tak! Czy wszystko dodane?”

    Ja z głupią miną spojrzałam na mamę

    Mama mówi: „Tak, jak mówiłaś.

    Czy uważnie, córciu, mi powtórzyłaś?”

    – „Mleko, mąka, cukier, jajko, masło.

    A patrzyła, mama, czy w piecu nie zgasło?”

    – „W piecu bez przerwy ogień bucha”

    Zagląda babcia do lodówki – „Ale skucha!”

    O jednej rzeczy zapomniałyśmy

    W lodówce drożdże zostawiłyśmy

    Zamiast do ciasta, tam zostały

    Teraz przepisy będziemy zapisywały!

    AUTOR: KAROLINA PARDYKA kwojtowicz580@gmail.com

    Reply

  43. to wi

    19/10/2015 at 21:15

    Cóż… gotowanie od zawsze było dla mnie CZARNĄ MAGIĄ .
    Unikałem kuchni i pomocy przy gotowaniu jak OGNIA .
    Pewnego razu jednak, wraz z siostrą postanowiliśmy zrobić ciasteczka oraz sos spaghetti .
    Zrobiliśmy ciasto, zalaliśmy marmoladą, upiekliśmy .

    Ugotowaliśmy makaron, podpiekliśmy mięso .
    Otwierałem właśnie puszkę z pomidorami, i miałem zamiar miksować je, gdy do kuchni wszedł listonosz(zawsze wchodził bez pukania ) . Stanął koło ściany i czekał aż go zauważymy. Ja w tym czasie zacząłem miksować ! Pomidory z puszki rozbryzgały się po całek kuchni a najbardziej na ścianę gdzie stał listonosz . Krzyknął- wystraszyłem się, przecież go nie widziałem. Jego twarz, ubranie ? Wszystko w sosie pomidorowym . Był tak wściekły, że aż piana toczyła mu się z buzi. Przeprosiłem. Poszedł się umyć, a ja dałem mu swoje spodnie i bluzę by się przebrał . Cała kuchnia schlapana, a w miejscy gdzie stał on -czysto ! Zupełnie jakby ktoś to namalował.

    Śmialiśmy się przez cały dzień z tej sytuacji. Wróciła mama ! Jej do śmiechu nie było. Dostaliśmy szlaban na miesiąc i potrącała nam kieszonkowe na poczek „malowania” kuchni. Cóż kara karą, jednak wspomnienie to jest bezcenne ! Pozdrawiam Tomasz Wiśniewski, wwiissnia@gmail.com

    Reply

  44. Sylwia Drożdż

    18/10/2015 at 19:53

    Któregoś pięknego dnia zabrałam się
    za pieczenie szarlotki sypanej. Jeszcze przed tym specjalnie pobiegłam
    do sklepu po kaszę manną, bo się skończyła. Mój mąż, w
    czasie kiedy przygotowywałam składniki, relacjonował mi wydarzenia z
    całego swojego dnia. Nawet pytał się co to za ciasto będzie i czy się da
    zjeść :P Usypałam szarlotkę, wstawiłam do piekarnika, odwróciłam się
    i… zobaczyłam kaszę manną na blacie…Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi
    się zapomnieć o tak istotnym składniku. Wszystko przez mojego męża…
    Oczywiście z hukiem wyrzuciłam go z kuchni :/ Szybko wyciągnęłam formę z
    piekarnika, wszystko wymieszałam dodając kaszę manną i jeszcze raz
    wstawiłam do pieczenia.
    Ciasto się udało, wyszedł z tego całkiem niezły jabłecznik.
    Chociaż wtedy całkiem inne emocje
    towarzyszyły temu zdarzeniu, to teraz opowiadamy to z uśmiechem. Mąż
    mruga do mnie i opowiada wszystkim znajomym, że po tylu latach
    małżeństwa jeszcze potrafi mnie na tyle zbajerować, że tracę przy nim
    głowę ;)

    A przepis na jabłecznik można znaleźć tutaj..https://kuchniamniam.wordpress.com/2015/09/17/jablecznik-z-jagodami-goji/

    Reply

  45. Oliwia Szczuka

    17/10/2015 at 23:21

    Obie zabawne historie dotyczą mojego ukochanego męża.
    1. Wchodzi do kuchni. Ale szczęście! Nikogo nie ma, a na stole czeka miska z czekoladowym kremem. Wkłada naprędce całą łyżkę do buzi i …nieruchomieje ,bo to rozrobiona farba do mych kasztanowych włosów.
    2. Wraca z zakupów. „Kochanie,kupiłem wszystko oprócz majonezu. Nie było jadalnego, tylko dekoracyjny”.

    Reply

  46. Dominika Bogacka

    17/10/2015 at 12:02

    W życiu każdej kobiety (ale i mężczyzny) zazwyczaj przychodzi taki moment, w którym musi (chce :-)) przygotować jedzenie dla najbliższych. Rodzinne imprezy, to jest to, szczególnie dla osoby, która nie jest jeszcze w pełni wtajemniczone w sztukę gotowania. Sytuacja, którą chcę opisać działa się kilka lat temu, około 3, wówczas postanowiłam pokazać mój raczkujący kunszt kulinarny całemu światu :-) Dobrze wiedziałam, że czas spędzony w akademiku nie był czasem bogatym w kulinarne wariacje. Chyba każdy jest świadomy tego, że student zje tosta i jest zadowolony, a jego diety nie można nazwać urozmaiconą. Jednak postanowiłam wyłamać się, wkroczyć na ścieżkę gotowania, w pełnym tego słowa znaczeniu. Było to dla mnie nie lada wyzwanie, stres tego dnia wspinał się na wyżyny. Znalazłam przepis w książce kucharskiej. Mięsne roladki wyglądały bardzo apetycznie, więc miałam nadzieję, że moje nie będą odbiegać o tych, które zostały przedstawione na fotografii. Przygotowałam wszystkie potrzebne składniki, postępowałam zgodnie z przepisem, byłam pewna, że wszyscy goście będą zachwyceni i powiedzą zgodnym chórem „Dominiko, MasterChef stoi przed tobą otworem!”. Na samą myśl na mojej twarzy pojawiały się wypieki podniecenia. Nie będę zagłębiała się w sam proces kulinarny, choć tak jak wspomniałam, wszystko szło zgodnie z planem. To nic, że goście niecierpliwie przebierali nogami, z uśmiechem przegryzając podane przeze mnie serowe koreczki. Myślałam „-nic tam!, jeśli zgłodnieją, to więcej zjedzą!”. Poza tym bardziej docenią to wykwintne danie. Do wielkiego momentu pozostało kilka minut, z tego wszystkiego zachciało mi się siusiu, więc podbiegłam do toalety. W tym czasie stało się coś, czego nie mogłam się spodziewać. Czy wspominałam już, że mam kota? Tak, mam ich nawet dwa. Luna i Solka, stworzonka miłe i sympatyczne. Do czasu. Przez zabawę w Szefa Kuchni zapomniałam o tym, że bracia mniejsi również mają swoje potrzeby, a miska sama się nie napełni. Jednak, co to dla nich, postanowiły same się poczęstować. Moimi roladkami. Ja o tym nic nie wiedziałam, zrobiły to bezszelestnie, co doprowadziło do śmiesznej sytuacji. Moja mama, której w ten dzień nie wpuszczałam do kuchni, postanowiła mi pomóc. Krzyknęła do mnie, czy nałożyć już danie, odpowiedziałam „dobrze, nałóż, ja zaraz przyjdę” (nadal siedziałam tam, gdzie król piechotą…). W pewnej chwili usłyszałam zaskakujące pytanie mej rodzicielki „gdzie są roladki?” , co wydało mi się pytaniem absurdalnym, ponieważ znajdowały się na blacie kuchennym. Zdenerwowana jej dziwnymi pytaniami szybko zjawiłam się w kuchni i zauważyłam, że roladki dostały skrzydeł i wylądowały w miskach moich kotów (no tak, to są koty dobrze wychowane, nie jedzą z podłogi…). I tak właśnie skończyła się moja historia z gotowaniem. Goście rozpoczęli ucztę serowymi koreczkami, serowymi koreczkami również ją zakończyli. Ucieszeni byli natomiast właściciele pobliskiej pizzerii…(Pizza smakowała).
    Jest jeden plus tej całej historii. Na blacie pozostała jedna mała roladka. Postanowiłam ją spróbować, okazało się, że była na wycieczce w Wieliczce… :-)

    Przesyłam zdjęcia kotów, które uratowały gości przed najbardziej słonym daniem w historii gotowania :-)

    Serdeczności!

    Dominika Bogacka
    doniabogacka@gmail.com

    Reply

  47. Monika Chmielewska

    17/10/2015 at 10:06

    Kuchnia, to moje ulubione miejsce w domu i czas w niej spędzony jest dla mnie relaksem. Ale nie zawsze tak było, zwłasza na początku kiedy zaczynałam mieć z nią styczność…
    Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego dnia praktyk i rozkaz szefa kuchni: Potrzebne są ugotowane ziemniaki i to na już!!! Tak więc szybko obrałam kilka ziemniaków – oczywiście bardziej skupiona na plotkach z koleżanką niż na samych ziemniakach, a do tego pospieszana z drugiego pomieszczenia przez szefa kuchni – szybko zalałam ziemniaki, przykryłam pokrywką i wstawiłam na gaz. Poszło mi super sprawnie :) Tak bynajmniej mi się wydawało do momentu aż na kuchni nie rozległ się krzyk: kto gotuje to błoto????!!!! Ja przerażona nagle uświadomiłam sobie, że w tym pośpiechu ich nie umyłam. Wszyscy praktykanci w śmiech, kucharze czerwieni ze złości, a ja tylko stałam i powstrzymywałam łzy….Dziś te łzy leją się ze śmiechu gdy sobie o tym przypomnę :)
    Monika Chmielewska
    weronikka1@wp.pl

    Reply

  48. Agnieszka Blicharz-Filipczuk

    17/10/2015 at 06:55

    Moja historia wydarzyła się około 30 lat temu i wywołuje uśmiech na twarzach rodziny, a na mojej podwójny bo pozwala mi wspominać mojego cudownego, najukochańszego Dziadka pod słońcem.
    Dawno temu mieszkaliśmy z Dziadkami na wsi. To były czasy gdzie wszystkie prace w gospodarstwie wykonywało się ręcznie nie było zbyt wiele maszyn. Mój Dziadek całe życie ciężko pracował, akurat były to żniwa, koszenie zboża kosą i ustawianie snopków. Cała rodzina w polu, a ja jak zwykle przy Dziadku, zadając milion pytań. Dziadek zmęczony pracą i upałem poprosił mnie bym przyniosła mu wodę. Wzięłam w dłoń metalowy kubek i pobiegłam do domu, pech chciał, że nie było w domu w wiadrze wody więc popedziłam pod studnię nabrałam wody z koryta ( !!! ) z którego piły zwierzęta i zaniosłam Dziadkowi. Dziadek wypił podziękował i zabrał się do pracy.
    Po jakimś czasie poszłam z Babcią gotować obiad. Pamiętam jak dziś cały proces, w drodze do domu poszłyśmy na ogród, Babcia kazała mi wyrywać młode marchewki, pietruszkę i zerwać kilka listków natki pietruszki, potem złapała koguta głowa na pniak i ciach. Cały proces skubania koguta patroszenia, przebiegł w miarę szybko rosół sobie „pyrkał” ja zajełam się zabawą a rodzina pracą w polu.
    Gdy wszystko było gotowe babcia zawołała Wszystkich na obiad, Dziadek miał zawsze swoją tradycję, że jadał w sieni przy kwadratowym stole.
    Usiadł tam , ja z nim oczywiście.
    jedliśmy rozmawialiśmy i Dziadek mówi do mnie
    -Agniesiu idź przynieś dzidkowi jeszcze rosołu.

    Wziełam miskę i pobiegłam. Nałożyłam kluski zalałam rosołem i dumnie powoli niosłam Dziadkowi, Dziadek podziękował zaczął jeść.
    Jednak coś mu nie pasowało i woła do Babci :
    -Coś ty cholera dodała do tego rosołu, że dopiero był dobry teraz to jakieś barachło!!!
    Przyszła Babcia i od razu do Dziadka wyskoczyła, żeby szybciej jadł nie marudził bo roboty dużo. Dziadek je ale dalej mówi, że coś nie tak z tym rosołem.
    Babcia próbuje i mówi :-Cholera przecież przed chwilą był dobry przecież nie skisł tak szybko!
    Poszła do garnka próbuje, mówi Józef rosół jest dobry, coś ty tam do miski wsypał.
    No i mała wojna się zrobiła co właściwie się stało.
    W końcu Babcia pyta:
    – Agniesiu a z którego garnka ty Dziadkowi nalałaś rosołu?
    Dumna Agniesia podchodzi do kuchni i pokazuje żółty duży garnek a Babcia w krzyk
    -Cholera jasna Józef ona ci pomyje dała, weź to wylej!!!
    A ja nie zdająca sobie sprawy z „powagi” sytuacji powiedziałam
    – A Dziadek dziś wodę pił z koryta i nic mu się nie stało!
    Po tych moich słowach Dziadkowie zaczęli się śmiać głośno a ja przez długi czas nie wiedziałam o co chodzi.
    W późniejszych latach gdy przyjeżdżaliśmy na wakacje do Dziadków, często było to wspominane przy wielu okazjach. Gdy podawałam Dziadkowi wodę, czy herbatę pytał „a to woda z koryta? ” Uśmiechał się serdecznie i zawsze całował mnie w czoło.
    To moje pierwsze wspomnienie kuchenne w dodatku śmieszne, jest ono dla mnie bardzo cenne bo wiąże się z moim Dziadkiem, którego już nie ma na tym świecie.
    Za miesiąc minie cztery lata odkąd odszedł, ale wspomnienia zostaną do końca moich dni.

    Agnieszka Filipczuk
    agnieszkafilipczuk@interia.pl

    Reply

  49. Karolina Paluch

    16/10/2015 at 16:16

    Uwielbiam Was za to że dzieki Wam wraz z mężem wróciliśmy do wspomnień z Naszego pierwszego wynajmowanego mkeszkania :)
    Majac po 18/26 lat zamieszkalismy razem. Ja pracowałam w biurze od 6 do 14 oraz dorabialam jako fryzjerka a maz od 9 do 17 .. pamiętam że obiady gotowalismy na zmianę bo 2 razy w tyg wracalam o 20 :) ale przejdźmy do sedna….
    Pewnego zimowego dnia przypadala moja dola na gotowanie obiadu :) wróciłam bardzo ale to bardzo zmęczona z pracy i postanowiłam ze zdrzemne sie a pozniej ugotuje obiad w koncu do 17 mam czas ;) będąc w pieknym śnie – śniac o naszym weselu obudził mnie telefon był to moj chlopak a obecny mąż ♡ powiedział ze bedzie o 16 z rodzicami i jak stoje z obiadkiem, nie patrzac na godzinę powiedzialam ; -spokojnie wszystko jest prawie naszykowane kup tylko winko ;)

    haha rozlaczajac sie spokrzalam na godzinę byla 15.30 a ja w koszulce, łóżko rozwalone oczywiscie Nasze psy śpią z Nami ;) no i wiecie jak to jest z wybudzeniem, człowiek zakręcony i nie wie za co pierwsze sie wziąść czy sprzatac i nakryc stol czy gotowac ? co zrobic ?

    ok spagetii szybko i smacznie ! * hop makaron do garnka niech sie gotuje a ja szybko sciele łóżko i sprzątam. Szybko poprawić makijaż i ubrac sie patzrena zegarek kurcze jest 15.55 ale nim kupią wino ide smazyc mięso i pomidorki w puszce.. ok na patelnie i smażymy .. pech chciał ze robiac to w stresie czasowym przytuliłam sie do patelni i co ?? i co ? jeszcze sie nie domyslacie ?
    piankowa sukienka lekko sie przytopila a ja czujac to ciepło i trzymajac jedna reka patelnie a druga mieszadelko *** hop ręką pod wplywem ciepła sie zamachnela i co bylo wynikiem ? moje mieso i pomidory byly na scianie. Istny Picasso :( sukienka przytopiona, cala sciana w miescie uff ze mamy psy bo z paneli one posprzataly. ale bec wchodzi mąż zeswoimi rodzicami. Haha bogu dzieki ze moi teście sa wporzadku widzac mnie wpadli w śmiech, maz zaczął wycierać ścianę, tesciu nie mogl ze smiechu wyrobic uciekł do wc a tesciowa otworzyla wino i powiedziała to napijmy sie i moze pizza ??

    ale teraz tak, historia smieszna ale mój mąż na scianie gdzie byl olej i miesozamalowal kwiatkami ( znajde zdjecia i dosle sciana przed i po ) dzieki temu zaczął dostawać oferty malowania artystycznego w domach m.in. dla dzieci postacie z bajek, dla doroslych kwiaty, auta… potem aerograf a dziś ? dzis planujemy otworzyc firme z oferta malowania :) smieszna historia kończy się npieknym biznesem bo co ??
    Z MILOSCI DO GOTOWANIA POWSTAJA PIEKNE ARCYDZIEŁA to Nasze motto dla firmy !! ♡♡ chetnie pochwalimy sie swoimi pracami i moze z czasem cos u Was zmalujemy ?

    Dziękuję wam za to ze powrocilam do cudownych wspomnien. pijac kawe z cynamonem i piszac ten post mój usmiech na twrzy króluje

    Karolina Paluch w.szym@op.pl

    Reply

    • Karolina Paluch

      16/10/2015 at 16:37

      zdjecie kuchni .przed tez znajde

      Reply

  50. Estera Czerwińska

    16/10/2015 at 15:36

    Do dziś jak żywo widzę dzień, w którym chciałam zrobić ciasto andrutowe… Krem miał być z mlekiem skondensowanym z puszki, więc kupiłam jedno – było płynne, więc musiałam je w tej puszce ugotować. Wstawiłam i poszłam sobie trochę poczytać. Po pewnym czasie usłyszałam głośne BUM! Przybiegłam go kuchni, a tam… No cóż automalowanie opanowane wprost do perfekcji – cała kuchnia była dokładnie pokryta warstwą mleka… Podłoga, ściany, sufit – wszystko! Do tego stopnia, że zdejmując dzbanek ze stołu jego idealny obraz widniał na ścianie… Niewiele myśląc trzeba było pozbyć się brązowej klejącej farby z całej kuchni, co zajęło dokładnie pół dnia w dwie osoby… Okazało się, że woda w garnku się wygotowała i puszka pod wpływem ciśnienia eksplodowała – może to niezły pomysł na zmianę koloru farby na ścianach? Naprawdę skutecznie działa :) Do dzisiaj ta historia jest jednym z największych kawałów w naszej rodzinie.

    Estera Czerwińska
    esta.irbis@gmail.com

    Reply

  51. Iwona Ewa Kowalska

    16/10/2015 at 11:43

    To było w Dniu Matki.Miałam może 10-11 lat i zero doświadczenia kulinarnego.Jedyne co potrafiłam zrobić to zaparzyć herbatę,dosypać przyprawy do potrawy rzecz jasna pod okiem mamy.Tego dnia postanowiłam wydorośleć i przygotować dla mamy będącej w pracy prawdziwą niespodziankę kulinarną w postaci własnoręcznie upieczonego ciasta.Nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać od podstaw,wyciągnęłam więc ze świnki swoje kieszonkowe i pognałam do sklepu po babkę w proszku.Zaczęłam studiować sposób przyrządzenia.W instrukcji było napisane,ze proszek należy zmiksować z 3/4 szklanki mleka.Odczytałam 3 lub 4 szklanki więc postanowiłam nie żałować mamie w tym szczególnym dniu i wlałam szklanek 4.Ciasto było podejrzanie rzadkie,w sposobie przygotowania było napisane,ze zmiksowane włożyć do formy,moje się wlało,ale nic to,upiecze się.Podwoiłam czas pieczenia,jednak ciasto nadal przypominało zupę.Czym prędzej zatarłam ślady swojej kulinarnej wpadki wlewając ciasto-zupę do muszli klozetowej i popędziłam do lasu po konwalie :-)

    Iwona Ewa Kowalska
    ikowalska24@wp.pl

    Reply

  52. Dorota Druzbin

    15/10/2015 at 20:59

    Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj…minęło jednak od tego czasu 13 lat…otóż zaraz po ślubie,kiedy to zamieszkaliśmy u teściów,postanowiłam zabłysnąć,tylko dlaczego akurat w kuchni?bo byłam bardzo pewna siebie,przecież zaczęłam gotować będąc już w 4 klasie szkoły podstawowej,wszystkiego(tak mi się wtedy wydawało)nauczył mnie mój kochany tato,tak tak,tato,nie mama…no więc,ulubiony obiad teściów?zupa pomidorowa z ryżem:))) w domu tego nie gotowaliśmy bo była pomidorowa ale z makaronem,ryżu nikt nie jadł,no ale co to za filozofia z makaronem czy z ryżem…więc do dzieła.Teście oboje pracowali…mąż też…więc wstawiłam zupę,i pytanie co z ryżem…to się chyba gotowało razem z wywarem:)))no pewnie,że razem,no to wsypujemy,gotujemy i co?coś mało tego ryżu(garnek 5 litrowy)więc trzeba dosypać jeszcze,potem przecier,doprawić i obiad gotowy:)))jestem z siebie bardzo dumna.Wracają teście do domu,zapach przecudownej zupy czuć na klatce schodowej…rozpiera mnie naprawdę duma…siedzę w pokoju czekając na jakiś komentarz ze strony teścia i słyszę…k…co to do cholery jest???(przepraszam za wyrażenie)no to lecę do kuchni,patrzę a Teść walczy z wyjęciem nabierki z garnka,która zwyczajnie „zabetonowała” się w ryżu…bo kto daje kg paczki na 5 litrowy garnek…czułam się jakbym miała za chwilę zemdleć…dzisiaj to ulubiona zupa moich dzieci,i potrafię ją ugotować jednak za każdym razem kiedy to robię,jest mi jakoś słabo…

    Reply

  53. ajulitka

    15/10/2015 at 20:31

    Historia zdarzyła się wieki temu, kiedy to frytkownic jeszcze u nas nie było. Dzieciaki jak wiadomo uwielbiają frytki i takim dzieckiem byłam ja. Niestety, ochota zjedzenia frytek zeszła się ze złym momentem rzucania palenia przez moją mamę. Mama chodziła nerwowa, uzależniła się od miętowych gum do życia i przyklejała te „wyżute” gumy gdzie się tylko dało. Tak, wiem, brzmi to strasznie ;) I podążając do sedna: wróciłam ze szkoły, oskrobałam ziemniaki na frytki, pocięłam tak by udawały frytki z Mc Donalda, którego jeszcze wtedy w Polsce nie było, w garnku podgrzałam olej i wzięłam się zawzięcie za smażenie. Usmażenie frytek dla 6 – osobowej rodzinki to nie lada wyzwanie, ale cóż – nie będę wredna i nie zjem sama – pomyślałam. Miałam specjalną chochelkę, którą wyławiałam frytki i tak udało mi się usmażyć dość pokaźną porcję dla każdego z domowników. Niestety frytki zupełnie nie przypadły im do gustu. – Nie wypłukałaś garnka po Ludwiku! – stwierdziła mama; – Te frytki są ohydne – dodał brat; – No, coś nie bardzo… – wymruczał tata. Co się okazało? Frytki miały posmak mięty, zabójczo ohydny w połączeniu z aromatem oleju na którym się smażyły. Co się stało? Wyławiając kolejną porcję frytek, do mojej chochelki przyczepiła się guma do życia miętowa, rozpuściła się w oleju pozostawiając swój aromat. Mama jednak uparcie szła w zaparte, że to smak niewypłukanego Ludwika. Dopiero teraz po latach przyznała się, że wstyd jej za tę paskudną gumę :)
    Julita Łątka

    julita.latka@o2.pl

    Reply

  54. Lucyna Borowczak

    15/10/2015 at 19:13

    Mieszkamy na wsi w domu z ogrodem.Jako że bardzo lubię uprawiać ogródek,siać warzywa to jednak nie mamy wydzielonego warzywniaka.Po prostu sieję warzywa w różnych częściach ogrodu.Tam gdzie akurat jest miejsce.Jednego dnie będąc w kuchni(ja,mąż i 15 letni syn Kszyhó)zaczęłam przygotowywać się do obiadu.Zamierzałam ugotować rosół.Mówię do Krzysia,aby poszedł do ogrodu po włoszczyznę.Po dobrej pół godzinie wraca i mówi-marchew mam,pietruszkę mam,por mam. A włoszczyzna gdzie rośnie???
    Lucyna Borowczak
    ranczo317@wp.pl

    Reply

  55. Monika Nowakowska

    15/10/2015 at 15:31

    Moja historia przytrafiła się, gdy byłam w 1 klasie szkoły podstawowej
    i złapało mnie przeziębienie. Rodzice pracowali, a ja ten czas spędzałam z mamą
    mojej mamy. Babcia rzadko nas odwiedzała. Wolała swoje wiejskie klimaty, niż
    zatłoczone miasto. Mama i tata wyszli jak
    zwykle do pracy, a babcia wzięła się za „gotowanie”. Jakie było moje zdziwienie,
    gdy przypatrzyłam się co babcia wyprawia. Siedziałam przy stole bardzo
    przestraszona. Babcia dodała do garnka połowę kostki mydła i łyżkę wody
    utlenionej. Jak by tego było mało „zupę” mieszała kijkiem, który podtrzymywał
    naszą paprotkę. Bałam się wykonać jakikolwiek ruch. Nie wiedziałam czy to moja
    babcia , czy jakaś zła Baba Jaga. Babcia wyszła do drugiego pokoju, a ja
    delikatnie zajrzałam do garnka. Ku mojemu zdziwieniu nie było tam nic
    normalnego. W wodzie z mydlinami pływały jakieś białe szmatki. Uciekłam do swojego
    pokoju. Cały czas przerażona trzymałam książkę na kolanach czekając na powrót
    rodziców. Usłyszałam znajomy warkot przed domem i wybiegłam jak szalona. Od
    razu opowiedziałam mamie ze łzami w oczach, że zostawiła mnie z czarownicą w
    domu. Mama zareagowała śmiechem. Babcia nie była żadną Babą Jagą. By zrobić
    mamie niespodziankę wygotowała wszystkie ścierki kuchenne. W taki sposób
    chciała je odświeżyć. Nie zauważyłam innego garnka bo babcia, by potrawa nie
    wciągnęła mydlanego zapachu postanowiła zrobić udka pieczone w piekarniku.
    Historia do dzisiaj śmieszy nas przy stole. Została już opowiedziana chyba z
    milion razy. Jednak za każdym razem śmieszy coraz bardziej. Na 75. urodziny
    babcia dostała ode mnie krystalicznie białą ścierkę z wyhaftowanym kolorowym napisem
    BABA JAGA. Cieszę się, że ta historia i
    z pozoru niemiłe słowa zostały odebrane jako żart i bawią nas po dziś dzień.
    Monika Nowakowska
    monika.nowakowska000@gmail.com

    Reply

  56. asia

    15/10/2015 at 15:25

    ja mialam dawno dawno temu tez bardzo zabawna sytuacje, a mianowicie gotowalam ziemniaki pod przykryciem jeszcze wtedy na kuchennce gazowej na jednym zpalnikow a na drugim palniku w takim samym garnku rowniez pod przykryciem gotowalam krochmal do wykrochmalenia obrusow(wtedy jeszcze nie bylo gotowych krochmali)miedzy czasie panierowalam kotlety ,nagle zaczelo cos kipiec odruchowo pomyslalam ze to ziemniaki sie ugotowaly i ze to one kipia , wiec nie zastanawiajac sie dlugo wzielam wylaczylam gaz odcedzilam garnek z zawartoscia i jakiez bylo moje zdziwwienie gdy okazalo sie ze zamiast ziemniakow odcedzilam krochmal:D:D::D titi.fm@interia.pl asia misiaszek

    Reply

  57. Małgorzata

    15/10/2015 at 14:36

    Sytuacja ta miała miejsce kilka lat temu, kiedy to jeszcze miałam przyjemność zamieszkiwać z moją ukochaną Babcią i dzielić z nią wespół kuchnię. Czasy te były o tyle dla mnie inspirujące i twórcze, że próbowałam eksperymentować w kuchni z wszystkimi potrawami i przetworami, jakie sama znałam z dzieciństwa zaś Babcia była dla mnie drogowskazem i wsparciem w moich naukach.
    Niezaprzeczalnym wspomnieniem z dzieciństwa są dla mnie pączki z różaną konfiturą własnej roboty, które moja Babcia robiła na specjalne okazje. Wielkim przestępstwem było zaglądanie do metalowej michy wypełnionej pachnącymi pączkami i podkradanie ich spod ściereczki jeszcze gorących (PRZED OBIADEM!).
    Bardzo chciałam nauczyć się robić taka konfiturę i w tym celu obskubałam z płatków cały krzew róży w babcinym ogródku, następnie przystąpiłam do tworzenia swojego konfiturowego majstersztyku pod czujnym okiem Babci. Ukończone dzieło zamknęłam w słoiczku i schowałam do lodówki – konfitury miały czekać na specjalną okazję, kiedy to przystąpić miałabym do robienia owych osławionych pączków. Po jakimś czasie zajrzałam do lodówki w poszukiwaniu konfitury aby ocenić jej trwałość i aromat i ewentualną zdatność do spożycia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to okazało się, że konfitura zniknęła. Okazało się, że babcia zapomniała sobie o mojej konfiturze i przygotowując obiad dodała do mojej konfitury chrzanu i myśląc, że w słoiczku znajdują się buraczki.
    Małgorzata Jarosz-Kurnyta
    malgorzatajarosz@gazeta.pl

    Reply

  58. Paulina Drzewiecka

    15/10/2015 at 13:54

    Pewnego dnia mój mąż
    stwierdził, że pomoże mi w obowiązkach domowych. Trochę mnie to przeraziło,
    ponieważ ja miałam niczego nie dotykać, oddając się w pełni relaksowi.
    Twierdził, że to dla niego bułka z masłem. Jak się potem okazało, ta bułka z
    masłem, zamieniła się w tykającą bombę, która później wybuchła. Zaproponował
    mi, że zrobi trzy rzeczy: ugotuje obiad, nakarmi synka oraz upiecze szarlotkę.
    Podszedł do tego z wielką pewnością siebie i nonszalancją. O tyle, o ile
    pierwsze kilka sekund było spokojne, to następny czas zamienił się w
    armageddon! Mój mąż zaczął gotować zupę, jednocześnie karmiąc synka i piekąc
    szarlotkę. Gdy odwrócił się, aby zamieszać zupę, synek postanowił zrobić z
    kaszki bliżej niezidentyfikowane pojazdy latające. I tak, kaszka lądowała na
    parapecie i podłodze. Ba – nawet na suficie! Gdy mój wybranek serca, z
    widocznymi już kroplami potu na czole, pośpiesznie zaczął ścierać białe papki,
    zupa z garnka rozlała się na wszystkie strony, jak lawa z aktywnego wulkanu.
    Wówczas pojawił się także, jakby przypalony zapach, który w momencie wypełnił
    całą kuchnię. Gdy otwarłam piekarnik (musiałam zacząć przeciwdziałać tej
    katastrofie!), znalazłam się w „szponach” szarego dymu. Szarlotka była tak
    twarda, że można nią było rozbijać szyby wieżowców. Kolor też pozostawiał wiele
    do życzenia: zamiast złocisto-brązowego miała czarny. Po kuchennej katastrofie,
    mąż stwierdził, że tylko kobiece ręce mogą robić kilka rzeczy naraz. I docenił
    ich codzienne działania.

    Zdjęcie przedstawia kilka
    sekund przed kuchenną katastrofą (chciałam uwiecznić tę wielkopomną chwilę). ;)

    Pozdrawiam,
    Paulina Drzewiecka
    mail: paulinamalarz@o2.pl

    Reply

    • Mrówka

      15/10/2015 at 22:02

      no tak… łatwo było przewidzieć katastrofę i to, że trzeba zrobić zdjęcie. Przepraszam, ale dla mnie to niezłe naciąganie :( Relaks w kuchni..

      Reply

      • Paulina Drzewiecka

        23/11/2015 at 15:33

        W momencie robienia zdjęcia nie myślałam, że się to tak skończy. ;) A uwieczniłam wielkopomną chwilę „pomocy” mojego męża w kuchni. ;) Pozdrawiam ;)

        Reply

    • Zofia Banaszek

      15/10/2015 at 22:16

      Hehehehe….a zdjęcie zrobiły duchy :D Niezła ściema.

      Reply

      • Paulina Drzewiecka

        23/11/2015 at 15:31

        Istnieje taka funkcja w aparacie jak samowyzwalacz ;)

        Reply

  59. Mariola Grzęda

    15/10/2015 at 13:39

    Z uwagi na moje doświadczenie kulinarne dość często zdarzają się
    bardzo zabawne historie z moim udziałem.
    Jedną z ostatnich było pieczenie na żywo. Na pół godziny przed
    rozpoczęciem pieczenia na żywo, aplikacja przestała działać,a tak
    bardzo chciałam wsiąść udział. Co prawda nie jestem znawca
    komputerowym ale coś uda mi się czasami zrobić. Sytuacja bardzo
    nerwowa minuty biegną w szybkim tempie zaś postęp w tym samym
    miejscu. Praktycznie nie pozostało nic innego jak wyłączyć laptopa a
    tu nagle udało się. Radość wielka !!Szczęście nie ma granic. pieczenie i tak dalej
    ciasto wygląda rewelacyjnie,pięknie pachnie dekoracja marzenie. Nie
    pozostało nic innego jak zrobić zdjęcia. Chciałam zrobić jeszcze
    ładniejszą dekoracje. Postawiłam ciasto na paterze na stoliczku,brakowało tylko kwiatów. Wybrałam się do pokoju obok, po kwiaty.
    Wychodząc chciałam zobaczyć ciasto z
    daleka jak wygląda. Nagle zamarłam widząc jak moje ciasto powoli zsuwa
    się z patery i ląduje na dywanie. Jak się okazało stoik był mało stabilny na trzech nogach z ruszającym blatem. Nie zdążyłam dobiec ciasto
    czekoladowe wyglądało bardzo artystycznie na zielonym dywanie :) Jak
    pech to pech :) A tak bardzo się starałam :)

    Reply

  60. Karolina Moskalik

    15/10/2015 at 13:12

    Moja zabawna historia wydarzyła się już ładnych parę lat temu. Wtedy mój obecny mąż, był jeszcze moim chłopakiem, a ja mieszkałam z rodzicami :)
    Przyjechał do mnie wieczorem strasznie głodny. Stwierdziłam, że zrobię mu kolację. Moja mama akurat zrobiła bigos, więc postanowilam go poczęstować tymi pysznościami. Jako, że bigos mama gotowała zawsze w jednym i tym samym garnku wyciągnęłam go z lodówki i postawiłam na gazie. Po paru minutach kiedy chciałam go zamieszać, okazało się, że w środku jest sałatka jarzynowa :) Tym razem mama gotowała bigos w innym garnku, bo ten co zawsze, był już zajęty przez sałatkę. Nie muszę pisać, że sałatka już do jedzenia się nie nadawała… :)
    Karolina Moskalik
    karolina.moskalik@gmail.com

    Reply

  61. Sylwia Stefaniak

    15/10/2015 at 11:37

    Moja zabawna historia z dzisiejszej perspektywy :).
    Do mojego syna przyszła koleżanka na noc (syn lat 15), bo trzeba do szkoły zrobić eksperyment temat ” działanie energetyków na sen” No cóż rano postanowiłam zrobić śniadanie jajecznicę (rodzina uważa, że robię ją po mistrzowsku) w trakcie przygotowywania do kuchni wparadowała koleżanka w kusej piżamce, trochę mnie zamurowało ale zachowałam zimną krew, podałam śniadanie jak się okazało jajecznica była ohydna bez soli i pieprzu. Mąż się ze mnie śmiał, że przy następnej wizycie przyszłej synowej powinno mi już pójść lepiej :)

    Sylwia Stefaniak
    sylwia.stefaniak@wp.pl

    Reply

  62. Anna Biczak

    15/10/2015 at 10:39

    annaczajecka@gmail.com

    Prosta zabawna sytuacja w kuchni z moim udziałem: mając 5lat mama wysłała mnie do sklepu bo śmietanę. Jednak nie powiedziała mi do czego jej będzie potrzebna. Wróciłam z bitą śmietaną, a mama chciała zabielić zupę pomidorową…a najgorsze było to, że wróciła mnie do sklepu , a ja miałam na nią takiego smaka !!!!

    Reply

    • Olga M.

      23/10/2015 at 11:39

      Mój mąż lubi wykorzystywać wszystkie puste butelki do swoich celów i to okazuje się, że może być bardzo niebezpieczne. Gotowałam kiedyś żurek. W lodówce stały dwie butelki tego specyfiku, więc sięgnęłam po jedną z nich. Wlałam do garnka i zupa zaczęła dziwnie się kleić. Powąchałam i wołam męża, żeby spróbował, bo ten żurek ze sklepu jest jakiś dziwny. Chyba był przeterminowany.Mąż leci zdyszany do kuchni i krzyczy: Tylko tego nie jedz to klej. Była niezła jadtka, bo kto we, jakby się to skończyło, gdybym taką zupę zaserwowała domownikom. Odtąd, mój mąż ma nauczkę i nie wlewa niczego do pustych butelek, a tym bardziej, nie kładzie ich do lodówki.
      Olga Matyja
      casablanca12@wp.pl

      Reply

  63. Monika Kilińska

    15/10/2015 at 09:12

    Mój dzielny chłopak zawsze dzielnie i z chęcią pomaga mi w kuchni. Kiedyś, robiąc tartę z borowkami, wystawilam go na próbę ubicia śmietany. Jak widać ze zdjęcia, może nie był to najtrafniejszy pomysł :) Zostaliśmy jednak przy mieszaniu i krojeniu w jego przypadku – bardziej skomplikowane czynności robie ja :)

    Pozdrawiam i życzę miłej, zabawnej lektury wszystkich historii :)
    Monika Kilińska
    monikakilinska@hotmail.com

    Reply

  64. Monika335

    15/10/2015 at 08:54

    Urzadzalismy z mężem sylwestra. Przygotowań co nie miara. Jednym z dan były pieczone ziemniaki z sosem czosnkowym i kurczak pieczony w ziołach. Przyszli znajomi i zabawa się rozpoczęła. Z racji tego że to Sylwester wszyscy lekko „rozweseleni” Panie poszły do kuchni szykować potrawę o której mowa wyżej. Ziemniaki już upieczone wystawiłam na blat w kuchni ( leżały nadal na blaszce do pieczenia) sos zrobiony. Jedna z koleżanek pyta . Jak uruchomić kuchenkę mikrofalowa ja na to…. No pstrykasz tu,tu i tu i działa (nie demonstrujac niczego) w kuchni rozlega się śmiech. Rozbawione moim jakże dogłębnym instruktarzem. Nagle widzę jak nad głową lecą moje ziemniaki. Jedna z koleżanek stojąc tyłem do blachy z ziemniakami chciała oprzeć się o blat. Rękami nacisnela na koniec blachy i ziemniaki wystrzeliły na drugi koniec kuchni. Śmiechu nie mogliśmy opanować do końca imprezy i długo, długo Po niej. Do dziś wspominamy szybka naukę obsługi kuchenki i latające ziemniaki.

    Reply

  65. agusia268142

    15/10/2015 at 02:01

    Mam siedmioro kochanych dzieciaczków , które bardzo lubią psocić często i gęsto to ja jestem osobą z której mają największy ubaw, bo często robię coś szybko bardzo szybko i machinalnie,a maluchy to wykorzystują.Więc śmieszne historie w kuchni zdarzają nam się niemal codziennie, np kiedyś piekłam ciasto masło leżało wyjęte obok robota w którym już coś się mieszało wystarczyła chwila, aby małe diabełki mogły pękać ze śmiechu.Ktoś zadzwonił do drzwi, poszłam zobaczyć kto.Wróciłam do kuchni kończyć ciasto, tyle co tam weszłam maluchy zaczęły po kolei wołać -mama,zrób kanapkę, daj pić, mogę to , mogę tamto.W tym całym zamieszaniu jedną ręką sięgnęłam po masło, i wrzuciłam do robota.Nagle coś zaczęło walić o misę, tak jakbym wrzuciła kamień.Wystarczyło jedno spojrzenie na dzieci i już wiedziałam ,że coś zmalowały .Wyłączyłam robota, patrzę do misy a tam w śród masy leży kawałek mydła.Dzieciaki śmiały się jak szalone i jeden przez drugiego mówił ciasto z bąbelkami będzie większe( kiedyś sama im powiedziałam ,że gdy w cieście są bańki powietrza to znaczy,że ładnie wyrośnie).Kolejna sytuacja sprzed 4 dni.Na obiad miała przyjść teściowa i teść więc uwijałam się jak szalona, nastawiłam ziemniaki i pieczeń włożyłam do piekarnika przygotowałam sałatkę.Przyszli teściowie, siedliśmy do stołu, teściowa wzięła ziemniaki do buzi i o mało się nie udusiła, wypluła je i pyta ,,Czy ty chciałaś nas wszystkich potruć?,, ja na męża, mąż na mnie i próbujemy.Obiad smakował jak całe Morze Martwe, bo dzieciaki jak w bajce o 6 kucharkach dodawały soli do wszystkiego co się dało gdy tylko na chwilę wychodziłam z kuchni.Jak zapytałam które to zrobiło odpowiedź była krótka ,,JA NIE,I tak wygląda gotowanie z moimi dzieciakami.

    Reply

  66. Janina Grzeszczyk

    14/10/2015 at 23:37

    Robiłam szybki obiad niedzielny, kiedy ziemniaki się dogotowywały, zaczęłam smażyć cebulkę. Światło w okapie mam trochę słabe, chociaż na wzrok nie narzekam. Wydawało mi się, że coś widzę na patelni , co nie jest cebulką… Podałam obiad, wszyscy usiedli przy stole, nagle syn mówi, że nie będzie jadł! Na jego ziemniakach, na samym wierzchu, wśród pięknie wysmażonej cebulki, leżał całkiem niemały, usmażony na chrupko, z nogami do góry PAJĄK!!! Może i dobrze, że okap jest bezpośrednio do komina podłączony, ale jest to prosta droga dla pająków wprost w moje garnki!!! Woda na herbatę gotowana na pająku, była kilka miesięcy wcześniej:-) dominikdominik7e@o2.pl

    Reply

  67. Joanna Mikołajczak

    14/10/2015 at 23:07

    Ja najśmieszniejszą sytuację w kuchni przeżyłam kiedy miałam 5 lat, a moja siostra 3. Mieszkaliśmy w wieżowcu i mama na chwilę poszła wyrzucić śmieci do zsypu. W tym czasie razem z siostrą postanowiłyśmy pomóc mamie i posprzątać w kuchni. Powyciągałyśmy wszystko z szafek (tych dolnych oczywiście, bo do górnych na szczęście nie sięgałyśmy) i chciałyśmy wszystko umyć. Do zlewu nie sięgałyśmy więc została nam łazienka. Do umywalki nie sięgałyśmy, do wanny też nie, więc jedynym miejscem, do którego sięgałyśmy był sedes. I umyłyśmy wszystko co znalazłyśmy w sedesie. Garnki, patelnie, przyprawy, mąki, ryż, talerze …, wszystko co tylko znalazłyśmy było zamoczone w sedesie i schowane z powrotem do szafek. A my byłyśmy dumne z siebie, że mamie pomogłyśmy i teraz będzie miała w kuchni wszystko czyste. Pamiętam jak się strasznie spieszyłyśmy, żeby zdążyć zanim mama wróci. Dzieci to jednak mają pomysły. Mina mamy po powrocie była bezcenna.

    Joanna Mikołajczak
    joanna.monika.mikolajczak@gmail.com

    Reply

    • Joanna Mikołajczak

      14/10/2015 at 23:12

      Dodam tylko, że po powrocie mamy miało być robione śniadanie. Niestety życie zadecydowało inaczej :)

      Reply

  68. Karolina Guzik

    14/10/2015 at 22:11

    Bardzo lubię gotować dla swojej rodziny a zawsze w kuchni pomaga mi mój czteroletni syn. Najbardziej uwielbia piec placki, dlatego jak w każdą sobotę, gdy mieszkanie posprzątane, rzuciłam hasło; Pieczemy babkę! Oczywiście Oliwer pierwszy w kuchni czeka na swoje zadanie – wsypywanie mąki do miski. Po podaniu mu mąki i miski, odwróciłam się tyłem do naszego miejsca pracy po następne składniki…gdy wróciłam do stołu, widok piękny; mąka rozsypana po podłodze, Oliwier cały biały, mąka na oknie, firance wszędzie! Więc mówię idziemy się przebrać ale oczywiście Oliwier się nie zastanawiając czym prędzej poleciał do pokoju i zadowolony zaczął skakać po kanapie strzepując mąkę , którą miał na ubrania… tym sposobem po upieczeniu babki czekało mnie od nowa sobotnie sprzątanie :) Kocham mojego Syna :) a o to zdjęcia zrobione z tego dnia :)

    Reply

  69. Joanna Józefowicz

    14/10/2015 at 21:54

    „KRÓWKI”

    Moja przygoda z krówkami zaczęła się już w
    dzieciństwie, gdy pewnego razu zapytałam babci dlaczego krowy nie mają
    sedesu? „Przecież byłoby czyściej!” – mówiłam.

    A na poważnie. Nie dość, że krowy dają mleko, to się z nich nabija, i w zamotanych kawałach innych wkręca, że mleko krowy piją. W sklepach na półkach widnieją nazwy mlecznych przetworów: kefiry – sokólskie, sery – hajnowskie, mimo, że tak naprawdę, to wszystko krowie!

    Kilka dni temu chciałam więc wykorzystać krowie mleko, by zrobić domowej roboty krówki dla mojego męża.

    I co mi wyszło? – Jeden wielki MUUUUUUUUUUUUUUUS.

    Czekoladowy.

    Bo nie zgęstniało odpowiednio.

    P.S. O tym, że gotowanie jest dla mnie MUUUUsem ślubowałam jeszcze kilka lat temu uroczyście: „mój byczku! MUUUUUUUUUUUsisz mnie kochać i patrzeć jak cielę w malowaną Aśkę, MUUUUUUUUUUUsisz też umieć robić krówki i inne potrawy. Jeśli chcesz je (i mnie) mieć ;) „.

    Reply

  70. Ania Krzysztofik

    14/10/2015 at 21:51

    A moja sytuacja działa się w studenckim mieszkaniu, jednak jest w niespecjalnie studenckim klimacie :(
    Któregoś pięknego dnia moją współlokatorkę odwiedził wybranek jej serca i jakoś następnego dnia postanowili razem sporządzić obiad. Nic specjalnego, zwykłe spaghetti. W jednym garnku makaron i na patelni sos. Wszystko szło pięknie, ja sobie czuwałam w pokoju, a tamta dwójka okupowała kuchnię. W pewnym momencie współlokatorka wróciła do pokoju, poskładać pranie, a jej rycerz został sam w kuchni. Tragedia była blisko. My sobie spokojnie rozmawiamy, aż w końcu z kuchni dobiega nas zrozpaczony i przesycony paniką wrzask:
    – MONIKA! WRÓĆ TU, PROSZĘ! MONIKA, NO WRACAJ TU, JA PRZECIEŻ NIE MOGĘ TEGO SAM OGARNĄĆ! NO MONIKA, WRACAJ! NIE MOGĘ MIESZAĆ DWÓCH RZECZY JEDNOCZEŚNIE! MONIKA!

    Zapłakałyśmy gorzko nad brak wielozadaniowości mężczyzn, a Monika wróciła ratować kuchnię, użyczając ręki do mieszania makaronu.
    Żeby uspokoić wszystkich strwożonych – obiad im się udał.
    anna.krzysztofik@onet.pl

    Reply

  71. Katarzyna Augustyn

    14/10/2015 at 21:35

    Za czasów studenckich nie zawsze miałam pieniądze i wystarczającą ilość czasu na gotowanie. Natomiast zawsze miałam przygotowaną wałówkę od mamy. Pewnego dnia siedzieli u mnie znajomi. Byliśmy głodni, a w zamrażarce miałam przygotowane krokiety. Niestety, kiedy dałam pierwszego krokieta na patelnie, rozgrzany olej zaczął strzelać we wszystkie strony. W związku z tym zorganizowałam zawody. Każdy dostał po krokiecie i z końca kuchni musiał trafić do patelni. Pomysł nie był najmądrzejszy, bo kuchnia wyglądała jeszcze gorzej i pływała w oleju, ale zabawa była przednia :P

    Reply

  72. Agnieszka Nowak

    14/10/2015 at 21:24

    Witam najzabawniejsze sytuacje w mojej kuchni są związane z moja suczką Albinką to jest złodziej jedzenia wieczny głodomór kieydś postawiłam pólmisek z kotletami na stole a ona po cichutku za moimi plecami je wszamała ponieważ jest rodzinną maskotką oczywiście było dużo śmiechu i wszystko miała wybaczone innym razem zjadła polowę mojego urodzinowego tortu opowiadamy to jako anegdotę znajomym a ci którzy znają Albinkę mówia że po tym torcie nic ich już nie zdziwi pozdrawiam Aga

    Reply

  73. Agata Lazarz

    14/10/2015 at 20:28

    Moja zabawna historia dotyczy rosołu ;). Dirobilismy się rodzinnie kota znajdy.. Pewnego dnia postanowiłam ugotować rosół na udkach… Jednak kot również miał na nie ochotę… Nalalam wody do garnka wlozylam udka i postawiła na mały ogień..poszlam na chwilę do pokoju.. Wracam a tam kot postanowił cis zjeść. Cały mokry zajadal się udkiem z niedoszłego rosołu.. Od tamtej pory nie ma wstępu do kuchni.

    Reply

  74. Marta MAlinowska

    14/10/2015 at 19:22

    pamiętam jak kiedyś spodziewałam się gości i chciałam zrobić na kolację sałatkę, której głównym składnikiem jest ryż, gotowałam ten ryż i gotowałam a on ciągle był twardy, goście za chwilę mieli przyjść a ryż cały czas był w garnku. Po dłuższej chwili zorientowałam się, że gotuję wiórki kokosowe, więc na kolację zamówiliśmy kebaby ;)

    Reply

  75. Ewa Zyglewicz

    14/10/2015 at 19:21

    Mąż postanowił zrobić ciasto „Raffaello” jak wiadomo w jego skład wchodzą między innymi krakersy. Wybrał się na zakupy do Tesco z listą składników, dołączonych do przepisu. Po około godzinie wrócił i zabrał się do dzieła :). Zrobił krem, ułożył krakersy na blasze, polał kremem posypał elegancko wiórkami kokosowymi, przyozdobił i włożył do lodówki. Wieczorem miała odbyć się degustacja, spodziewaliśmy się wcześniej zaproszonych znajomych. Winko, śmiechy i na stół wjeżdża pięknie pokrojone i wyglądające ciacho :)
    Duma mojego męża . Znajomi zachwyceni. Każdy złowił swój kawałek ciasta. Chyba coś jednak poszło nie tak…. Patrzę na miny gości zaraz po pierwszym kęsie, sama jeszcze nie próbowałam, każdy niby uśmiechnięty ale z dziwnym grymasem i nikt nie wkłada drugiego kęsa do ust. „Co jest?”, zastanawiam się, biorę swój kawałek i próbuję kęs…… „O jezuuuuu” Ciasto ma smak kokosów z podsmażoną cebulką !!!!

    Co się później okazało, mąż z rozpędu kupił krakersy, owszem, ale o smaku cebulowym :):):):)
    wirtualna6464@wp.pl

    Reply

  76. Natalia

    14/10/2015 at 18:18

    Tak czytam czytam i coś jeszcze mi się przypomniało. Byłam kiedyś na feriach u cioci Lucyny i wujka Stasia. Mają oni troje dzieci młodszych ode mnie. Najmłodszy Szymon miał wtedy może z 2-3 latka. I mówię Wam nigdy tego dnia nie zapomnę. Ciotka nalepiła cały stół pierogów. Przykryła ścierką, zamknęła drzwi do kuchni i poszła oglądać telewizje. Pierogi miały zostać ugotowane gdy wujek wróci z pracy. Ja z Darią i Tomkiem bawiliśmy się a Szymon gdzieś poleciał. Za jakiś czas przyszła ciocia i pyta: A gdzie Szymon? A by zgodnym chórem że poszedł do niej. I wtedy ciocia zauważyła że drzwi do kuchni są uchylone. Wchodzimy cała 4 do kuchni – a Szymon, stoi koło stołu. W rękach jego są pierogi – podarte pierogi!! Porozrywał połowę pierogów ze stołu i porozrzucał po całej kuchni!! Nigdy nie zapomnę jego miny, jak był z siebie zadowolony. Ja i kuzynostwo pękaliśmy ze śmiechu, a mi to nawet łzy ze śmiechu zaczęły lecieć. Naprawdę bardzo zabawnie to wyglądało – taki mały berbeć taki sajgon zrobił. A ciotka wściekła była że chyba ją cały blok słyszał gdy dawała „szkołę” młodemu. E mail już wcześniej podałam.

    Reply

  77. Natalia

    14/10/2015 at 17:56

    Moja sytuacja śmieszna w kuchni… były dwie takie takie. Jedna zdarzyła się w 2009 roku. Mieszkałam wtedy na stancji z chłopakiem i znajomym. Zrobiłam ciasto, nie pamiętam jakie ale chciałam je polać czekoladą rozpuszczoną. Wiedziałam że czekoladę rozpuszcza się w kąpieli wodnej – tak więc wyjęłam garnek, nalałam wody i na gaz. A na to miseczkę i dwie tabliczki czekolady do miseczki. Co w tym śmiesznego? Miseczka była plastikowa :-) no i jak się domyślacie roztopiła się razem z czekoladą także ciasto pozostało bez polewy.
    Druga historia która mi się przypomniała też miała związek z czekoladą. Mieliśmy kiedyś w domu taki malutki zielony rondelek, bardzo, bardzo stary. Robiło się w nim jajecznicę małą, roztapiało margarynę do ciasta. A ja postanowiłam że rozpuszczę w nim czekoladę do wielkanocnej babki. Było to jakieś 4 lata temu. Jakoś mi się zapomniało że czekoladę rozpuszcza się w kąpieli wodnej a nie w garnuszku na ogniu. Tak więc wzięłam sobie łyżkę, włączyłam gaz no i tak sobie czekam aż się rozpuści i mieszam a to kurde zamiast się topić to się zaczęło przyklejać i w bryłę zamieniać. Zaczęłam wołać mamę na ratunek, ale niestety rondelka nie dało się uratować. Tych dwóch sytuacji nie zapomnę do końca życia, jaki to człowiek czasem głupi – wiedziałam że nie wolno w plastiku, wiedziałam że w kąpieli wodnej – ale czemu nie zrobiłam tak jak należy? Nie mam pojęcia. Pozdrawiam :)
    natalia230289@gmail.com

    Reply

  78. niuniula

    14/10/2015 at 16:51

    Okolo tygodnia temu wstalismy rano razem z moim chlopakiem. Ja lubiac codziennie inne sniadanka a ze znudzily mi sie kanapeczki ugotowalismy pierogi. Jak zwykle bywalo moj chlopak sie nie najadl wiec poszlam dogotowac kilka sztuk. A ze zbyt szybko zaczela sie gotowac woda przykrecilam na maly ogien. Wyjelam pierozki. Najedzeni poszliamy zalatwic troche spraw, galeria, zakupy i te sprawy. Odwiedzilismy rodzinke. Mielismy jezcze ruszyc dalej miasto ale byla godzina okolo 16. Chlopak wybieral sie na trening wiec wrocilismy do domu. Byla cisza zadzwonil telefon chlopala co za tym idzie zaczela sie dluzsza rozmowa. Siedzac uslyszalam.jakies skwierczenie ale stwiwrdzilam ze mi sie wydaje ale po kilku sekundach nadal to slyszalam. Wiec poszlam to sprawdzic. Co sie okazalo zostaly doslownie 3 krople wody w garnku po pierogach. Zapomnialam wylaczyc palnik na ktorym stal owy garnek..

    Reply

  79. Anna Bilan

    14/10/2015 at 16:35

    Pewnego jesiennego poranka , gdy zbliżała się pora śniadania . Jakimś zrządzeniem losu, moja młodsza siostra Małgosia nie zamknęła drzwi na dwór, a sama wyszła się pobawić. Nasze dwie kotki są wielkimi żarłokami , choć już jadły przed nami , to chciały jeszcze sobie podjeść… Skorzystały więc z okazji wejścia do domu , i zasiadły przy stole jako goście honorowi . Zajęta mama , nawet nie zauważyła nieproszonych zwierzaków. Na regale obok stołu stało pyszne , swojskie masło mojej mamy. Łakomstwo kotów nie zna miary.. Obie kotki wdrapały się po krześle na regał i zjadły wszystko.. Gdy moja mama wróciła z pokoju zastała pusty talerz po maśle i brak szynki. Tamtego dnia nie było kanapek tylko budyń.. ;)
    Pamiętam jeszcze , gdy pierwszy raz sama robiłam ciastko. Miałam wtedy około ośmiu lat, mama zostawiła mi przepis i poprosiła żebym zrobiła wszystko z godnie z przepisem i ją zawołała, gdy będzie pora pieczenia. Dumna, chciałam się popisać przed babcią , która do nas przyjechała, wszystko było wspaniale, poprosiłam mamę żeby wstawiła ciasto do piekarnika. Po upieczeniu dała mój mistrzowski numer babci i mamie , bardzo liczyłam na ich opinie. Babcia jest dobrą osobą, która nie zawsze powie swojej uśmiechniętej wnuczce prawdę, ale moja mama nie powstrzymała się przed skrzywieniem się. Zdziwiona zapytałam o co chodzi. Chodziło o skorupki jajek z ciasta, zbyt dużo kakaa (łyżki a łyżeczki) i niewymieszane dobrze ciasto z mąką. Moje pierwsze ciasto było nie do końca udane . Teraz moja mama jest dumna z moich wypieków, szaqrlotek, murzynków, napoleonek i wielu innych ciast.
    annabilan@wp.pl

    Reply

  80. Konrad Majchrzak

    14/10/2015 at 16:32

    Tuż przed halloween rok temu, przydarzyła mi się taka
    historia.Zgrywus sąsiad z piętra wyżej spuścił na sznurku dynię z groźną miną i
    świeczką w środku.Zaczął pukać dynią do okna, gdy spojrzałem na okno strasznie się
    przestraszyłem ten strach sprawił, że sprawy potoczyły się jeszcze gorzej.
    Akurat ściągałem z szafki automat do pieczenia chleba i przez to, że zobaczyłem
    w oknie tego dziwnego stwora maszyna wypadła mi z rąk prosto na moją narzeczoną.
    Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało i maszyna wciąż działa.

    Konrad Majchrzak , MAIL; konrad@sklepoki.com.pl

    Reply

  81. pati

    14/10/2015 at 16:27

    Ja opowiem w skrócie, ale też zabawnie. Pewnego razu kiedy gotowałam, a gotowanie to moja największa pasja, smażyłam kiełbaski na patelni. Oczywiście przygotowując obiadek dla całej rodzinki tak byłam zabiegana, że nawet nie zauważyłam jak patelnia stanęła mi w ogniu. Na szczęście sama się ugasiła, a kiedy opowiedziałam o tym zdarzeniu bliskim mieli przerażone miny, lecz szybko zaczęli się z tego śmiać i mieli ubaw po pachy.
    Patrycja Gronowicz
    pati.wrd2@gmail.com

    Reply

  82. Gosia Ostrowska

    14/10/2015 at 16:20

    Gosia Ostrowska
    malgorzataostrowska@onet.com.pl
    ????
    J – a pamiętam sytuacje gdy moja młodsza córka pokazała swą grację!
    A – bsolutnie dzień normalnie się rozpoczął i nawet śmialiśmy się wszyscy ochoczo!
    K – iedy jednak oczy na moment odwróciłam to bardzo się później zaskoczyłam!
    ????
    P – o kuchni walały się mąki kilogramy, a stół był jakby śniegiem odziany!
    O – czywiście garnki też były wyciągnięte, no i papierowe formy dość solidnie pomięte.
    ????
    M – inę miała przy tym Julia anioła i nikt od zabawy odciągnąć jej nie zdołał!
    A – mbitnie stanęła na wysokości zadania w kwestii swojego gotowania!
    Ś – wietnie się przy tym Julia bawiła, że aż rodziców śmiechem zaraziła!
    L – ubimy wspólnie spędzać czas i mamy nadzieję, że nie pójdzie to w las!
    E – widentnie swoją kuchnie bardzo kochamy i wspólnie czas w niej często spędzamy!
    ????

    Reply

  83. Milena Anniuk

    14/10/2015 at 15:46

  84. Milena Anniuk

    14/10/2015 at 15:42

    to było 23 czerwca 2013 roku bedąc w kuchni przygotowywałam obiad dla dzieci ale jedna z moich córek wzieła pilota od telewizora i zaczeła do niego mówic gdy była mała bedąc w kuchni miałam telefon przy sobie i to nagrałam fajne są małe dzieciaki z resztą sami zobaczcie

    Reply

  85. Roksana Baron

    14/10/2015 at 14:40

    Gdy tylko przeczytałam zadanie konkursowe (opowiedz najbardziej śmieszną sytuację podczas gotowania) pomyślałam, że warto podzielić się z Wami moją zabawną sytuacją. Miał być całkiem pogodny tydzień i cała moja rodzina miała się „zjechać” do mojej mamy w sobotę. Z racji, że jest już w podeszłym wieku zaproponowałam, że zrobię ciasta i przyjadę z nimi do niej. Bardzo się ucieszyła i w piątek popołudniu razem z moją przyjaciółką zaczęłyśmy gotowanie. Wyrabiałam ciasto, udało mi się idealnie wylać ciasto na blachę, nawet starałam się ozdabiając je po upieczeniu. W ten sposób zrobiłam tak zwane Tiramisu oraz sernik z owocami i kruszonką. Podczas gdy ja robiłam ciasta moja koleżanka opowiadała mi o wszystkich najnowszych plotkach i kosmetologii (ponieważ tym się interesuje). Od zawsze wszystkie ciasta dawałam do piwnicy na stół, jest tam chłodno, lecz nie wilgotno. Tym razem też zanosiłam ciasta po schodach do piwnicy, i już miałam pokonać ostatni stopień, gdy moja przyjaciółka powiedziała coś bardzo śmiesznego. Nawet nie wiem w jaki sposób moje nogi się zaplątały, a ciasto wylądowało na podłodze. Ja upadłam obok ciasta, pomyślałam jeszcze : „dobrze przynajmniej, że tiramisu niesie Iza…”. Ledwo to pomyślałam usłyszałam jej pisk i poczułam ciasto lądujące na moim karku i włosach. Z ciast nie zostało nic oprócz brudnych kafelek w piwnicy i moich upaćkanych włosów. Na drugi dzień upiekłam ( już sama) zwykły sernik i pojechałam do mamy. Wszyscy którym to opowiadałam zaśmiewali się do łez:)

    Roksana Baron
    adres email: roksana.14.2001@gmail.com lub komiknr3@gmail.com

    Reply

  86. Angelika Kasprzyk

    14/10/2015 at 14:01

    Najbardziej śmieszną sytuację podczas gotowania miałam będąc z chłopakiem w mieszkaniu,chciałam zrobić ciasto i wysłałam go po mąkę,on ją przyniósł i odmierzył mi tyle co trzeba na stolnicy.Coś mi nie pasowała,patrzę na opakowanie a to mąka ale kartoflanka :P Stwierdziłam że dobra to zrobię chociaż kawę i posłodziłam(tak sądziłam)ów kawę.Okazało się że zamiast cukru dałam do kawy kokos :D Oboje byliśmy nieźle zakręceni :D

    Reply

  87. Joanna

    14/10/2015 at 13:55

    24.04.2009 datę zapamiętam do końca życia. Byłam w ostatnich
    tygodniach ciąży i miałam kulinarne zachcianki. Trafiłam bardzo dobrze
    ,ponieważ mój mąż jest kucharzem. Poprosiłam go zatem o pierogi ruskie ,które
    uwielbiam .
    Mąż był już w trakcie lepienia ciasta ,gdy nagle poczułam że
    odchodzą mi wody.
    Panika , o tak … ale mojego męża ,bo ja nadal grzecznie
    czekałam na obiecane pierogi. A miałam niezły orzech do zgryzienia ,co robić
    zjeść smaczny posiłek ,czy jechać do szpitala… Pierogi nie gotuje mąż
    codziennie ,cóż poród też nie jest codzienną atrakcją w życiu kobiety.
    Tak ,wybrałam pierogi. Zjadłam obfity posiłek i byłam już
    gotowa na kolejne rodzicielskie atrakcje.
    Najśmieszniejsze jest to że mąż zawiózł mnie do szpitala nie
    dość że w kucharskim fartuszku ( zapomniał się przebrać) to byliśmy we dwoje
    cali od mąki , co zostało z humorem skomentowane w szpitalu.
    Nasz synek Dawid urodził się w niecałe dwie godziny. I dziś
    myślę że wspomniane pierogi dodały mi siły i energii .
    Joanna
    25asia3@wp.pl

    Reply

  88. Leszek Mizgała

    14/10/2015 at 13:50

    Z nerwów, gdy miałem pierwszy raz gościć swoich teściów na obiedzie, zdarzyło mi się odcedzić rosół, wylewając go do zlewu na piętnaście minut przed ich przyjściem. Musiałem ratować się rosołem z chińskiej zupki, po który poleciałem do sklepu. Porażka na całej linii. Z grzeczności i z przejęcia pewnie nikt nie mówił źle o rosole, tylko o jego charakterystycznym, jakże innym smaku, który wytłumaczyłem mięsem specjalnie kupionym w zaprzyjaźnionym sklepie na te okazję.

    Reply

  89. jaulia

    14/10/2015 at 13:23

    Chciałam przygotować wątrobę z cebulką na obiad. Uwielbiamy to danie, zaprosiliśmy rodziców, stół nakryty a tu – nie ma cebuli. Nie mogłam odejść od kuchni, więc choć nigdy tego nie robię, wysłałam do sklepu męża z poleceniem zakupu „sześciu średnich cebul”.
    Minęła godzina, półtorej, gdy wrócił mąż. Nic nie mówiąc wręczył mi 6 cebul. Czemu tak długo?
    Dopiero po kilku dniach mi opowiedział jak to było.
    Rzadko robi zakupy, więc zwrot „6 średnich cebul” poważnie dał mu do myślenia. Jakie to są? Po długim oglądaniu, podszedł do problemu jak prawdziwy matematyk:
    – zwazył kilogram cebuli
    – każda cebulę z tego kilograma zważyl osobno
    – wagę każdej cebulki zapisałw komórce, dodał do siebie i podzielił przez ilość cebul w kilogramie
    – wyszła mu średnia waga cebuli w tym kilogramie: ok. 18 g.
    – Na koniec wybrał 6 cebul z których każda ważyła ok. 18 g. – 6 średnich cebul.
    Jowita Anna Kostrzewa
    jow-kos@wp.pl
    pozdrawiam

    Reply

  90. Anna Gałaszewska

    14/10/2015 at 12:29

    To było akurat wtedy, kiedy po raz pierwszy przyjechałam poznać rodziców mojego narzeczonego. Zjedliśmy wspólne śniadanie, po czym teściowie pojechali do znajomych.Ja kocham piec, więc narzeczony namówił mnie, żebym upiekła ciasto dla nich, zanim wrócą. Nastawiłam piekarnik, ale przez szybkę nie było widać małej niespodzianki… Kiedy piekarnik się grzał, ja z ukochanym grałam wspólnie na pianinie – czyli to, co razem najbardziej lubimy robić. Nawet nie zauważyliśmy, jak czas szybko minął, kiedy coś zaczęło śmierdzieć. Otwieramy zadymiony piekarnik, a tam… nóż z już spaloną rączką. Dom wietrzyliśmy przez pół dnia, a rączki nie dało się odratować i nóż poszedł do kosza. Ciasto niezrobione, bo w piekarniku śmierdziało spalonym plastikiem. Ale teściowa rozbawiona – grunt że wszystko skończyło się dobrze. Dzięki tej sytuacji chociaż dowiedziałam się, że mój narzeczony ma bardzo fajnych rodziców! :)
    Anna Gałaszewska
    galaszewska.a@gmail.com

    Reply

  91. Dominika Górska

    14/10/2015 at 12:21

    Mój tata, który jest zupełną nogą w kuchni zrobił kiedyś koledze filiżankę kawy, do której wsypał 4 płaskie łyżeczki kawy. Dobrze, że te cztery łyżeczki rozpuszczalnej kawy na tamten świat tego kolegi nie zaprowadziły. Mój email: dominiczka211@autograf.pl

    Reply

  92. Iza_Malina

    14/10/2015 at 10:56

    Pewnego razu wstałam rano i musiałam załatwić parę spraw w mieście.
    Ubrałam się i mówię do męża: „Zrób dzieciom coś na śniadanie”.
    Mąż stwierdził: „OK. Zrobię.”
    I wyszłam. Nie było mnie niecałą godzinę. Gdy wróciłam, mąż od progu woła: „Zrobiłem dzieciom naleśniki, ale to ciasto jakieś dziwne wyszło, i nie chciały się przewracać”.
    Pomyślałam, co on mówi, przecież nic prostszego niż naleśniki chyba nie ma. Dzieci wołają: „Mamusiu, wolimy jak Ty nam robisz naleśniki, tata zrobił niedobre”.
    Patrzę na ciasto. Rzeczywiście. Ciągnące i nie takie. Spojrzałam na blat, a tam… Mąka ziemniaczana :D Pytam męża czy dodał tą mąkę do ciasta. Odpowiedział: „Tak, przecież innej mąki nie było. Mąka to mąka”.
    Okazuje się jednak, że mąka a mąka to nie to samo :) Od tamtej pory musiało dużo czasu upłynąć, żeby dzieci chciały jeść coś zrobionego przez męża.
    A powiem Wam w tajemnicy, że i mi przydarzył się taki przypadek. Będąc nastolatką tylko naleśniki umiałam zrobić. A że w domu nie było innej mąki, to wzięłam ziemniaczaną. Oczywiście naleśniki nie wyszły. Ale wtedy o tym nie wiedziałam, że taka mąka się nie nadaje :) A mężowi też się do tego nie przyznałam :) Taka moja słodka tajemnica.. ;)

    Izabela Malinowska
    iza.malinowska@op.pl

    Reply

  93. Karolina Kowalczyk

    14/10/2015 at 10:55

    Pewnego dnia, gdy miałam ok 13 lat poszłam do kolezanki. Jej rodzice byli w pracy, siedziałyśmy same w domu ( z babcią, która coś tam robiła w swoim małym ogródku).
    Koleżanka miała iść zerwać wiśnie, aby jej mama jak wróci mogła z nich ugotować kompot.
    Pomyślałam sobie ” Ja Ci pomogę, najpierw zerwiemy wiśnie, a potem ugotujemy kompot, JA UMIEM !”
    Tak więc poszłyśmy po wiśnie, gdy wróciliśmy, opłukałam je w wodzie, po czym biorę sie za gotowanie. Zobaczyłam ze na kuchni stoi duży garnek z wodą, pomyślałam sobie szkoda wylewac tej czystej wody, wiec wsypałam w nią wiśnie i zagotowałam (my między czasie byłyśmy na dworzu) a kompocik powoli sie gotował.
    Gdy weszliśmy do domu,aby sprawdzić-poczuliśmy niemiły zapach.
    Okazało się, ze ta WODA do której wsypałam wiśnie to był OCET przygotowany przez jej mamę do ogórków.
    Tak więc kompot nam się nie udał, a ocet do ogórków juz się nie nadawał :)

    Karolina Kowalczyk
    Karolcia_19921@op.pl

    Reply

  94. tusqa18

    14/10/2015 at 10:46

    Moje jedno z pierwszych dań. Inne niż ziemniaki i sadzony :-) Kluski śląskie. Nie dodałam do klusek jajka. Dumna ,że ładnie mi ciasto wyszło, zrobiłam śliczne maleńkie kluseczki z dziurką. Wrzucam do gotującej wody i nie minęły dwie minuty i kluski zniknęły w garnku. :-O zamiast tego miałam breje ziemniaczano-mączną. Ależ byłam zła.
    Druga sytuacja To rozwaliłam teściowej gofrownicę. Przygotowałam cisto tak jak mi poleciła ( byłam pewna ,że wszystko zrobiłam tak jak kazała). Jedna para gofrów- przykleiły się na amen- myślę- tak jak pierwszy naleśnik- źle rozgrzane urządzenie i przez to. Drugie- jeszcze gorzej- masakra. Zniszczyłam całą powłokę w urządzeniu. Zapłakana schodzę do teściowej, przepraszam, błagam, mówię – nie wiem jak to możliwe. A teściowa- a olej dodałaś do ciasta?

    Reply

  95. mollisia

    14/10/2015 at 10:28

    Pierwszy wypiek był katastrofą. Upiekłam ciasto, ale wyszedł trochę zakalec. Mówię rodzince, że upiekłam, ale chyba naprawdę mi nie wyszedł… chyba trzeba dać psu…
    Ale upierali się, że na pewno przesadzam, że nie może być tak źle, bo nie wygląda tak.
    Po spróbowaniu jednak odezwała się siostra: „Wiesz co…. psu chyba tego też nie dawaj…” :)

    Długo trwało, zanim znów odważyłam się podejść do piekarnika :)
    mollisia@gazeta.pl

    Reply

  96. Paulaaa7771

    14/10/2015 at 10:18

    Ktoregoś dnia kiedy miałam z 12 lat chciałam zrobić niespodziankę dla rodziców w postaci pysznego sniadanka ugotowałam prawiee calą wytłaczankę jajek pokroiłam wędliny sery ale nagle mój młodszy brat ktory wtedy mial 3 latka przyciął sobie ręczke szawką i strasznie płakał wystraszyłam się i zamiast go uspokoić schowałam cale sniadanie do lodówki łacznie z ugotowanym jajkami. Zeszli rodzice na dol (mieszkamy w domku jednorodInnym) no i tata zarządzuł jajecNice na sniadanie. Rozgrzał boczek na patelni juz chce wpijaj jajka do jajecznicy PACH! ugotowane jedno drugie trzecie nigdy nie zapomne jego miny . Zaczął wykrzykiwać że co za ekspedientki w sklepie sprzedały mu jajka. W szybkim tepie wsiadl w samochod i pojechal do sklepu z wytłaczanką ugotowanych przezemnie jajek oczywiście nie wiedzial o tym ze je je ugotowałam. W sklepie wyklucił sie o nową wytłaczanke jajek tym razem juz nie ugotowanych argumentując ,, MYSLI PANI ZE BYM UGOTOWAL JAJKA W DOMU I PRZYJECHAL PO SUROWE ROBI PANI ZE MNIE DEBILA ?,, Dopiero po 2 latach przyznałam się, że to ja ugotowałam te jajka ale bałam sie przyznać. Do dziś ta historia króluje na obiadach domowych ;)

    Reply

  97. Paula Gierłach

    14/10/2015 at 09:59

    Moja śmieszna sytuacja była kiedy robiliśmy spaghetti razem z dziećmi. Jedno szykowali mięsko mielone , drugie ubieralo pieczarki. Ugotowane jedzonko wlozylizmy na talerzyki i z ochotą zaczęliśmy jeść. Niestety młodsza córka oglądając bajeczki położyła miseczkę z jedzeniem za pleckami była tak zajęta oglądaniem, ze nawet nie zauważyła jak jej makaroniki z sosikiem znika z miseczki. Przerażona zaczęła krzyczeć,ze zniknęło jej jedzonko. Ja domyslalam się co się stało że spaghetii nasz piesek Rocky miał cały pyszczek w sosie:-) wiedziałam już ze obiad się udał i wszystkim smakowało, tylko córcia była zawiedziona że krasnale zjadły jej obiad:-)

    Reply

  98. Natalia Profaska

    14/10/2015 at 09:42

    Ja opowiem historie mojego męża :)
    Jak miał około 5 lat mama zostawiła go na chwilkę samego z młodszą, siostrzyczka, która smacznie sobie spala. Mama musiała wyjść dosłownie na 10 minut do sklepu, bo czegoś jej tam zabrakło do obiadu. Rozlozyla mu zabawki i kazała grzecznie siedzieć. No i wyszła. Mały Adaś jako, że od małego lubił pichcic z mama w kuchni postanowił jej pomóc.
    Wyciągnął garnek, włożył parówki i włączył gaz (oczywiście to bardzo niebezpieczne, ale 5 latek raczej o tym nie myśli)
    Dumny z siebie jak paw czekał na mamusie. Gdy ta wróciła to Adaś od progu wolał, że on sam zrobił obiad! Przerażona mama wbiegł do kuchni, wyłączyła gaz i powiedziała do synka „no pięknie Kochanie, ale następnym razem wlej jeszcze wodę”
    Do dziś śmieje się z męża jak chce zrobić parówki, żeby nie zapomniał o wodzie :)
    Pozdrawiam
    Natalia Profaska
    nprofaska@wp.pl

    Reply

  99. Klaudia Rogodzińska

    14/10/2015 at 08:53

    W domu mamy kota, teraz jest już duży i leniwy, ale wtedy był jeszcze niegrzecznym maluchem. Jak co niedzielę gotowałam rosół, makaron juz czekał na stole w plastikowej misce. Mój mruczek bacznie mi się przyglądał. Na chwilę wyszłam z kuchni, a już za moment usłyszałam, że coś spadło. Powinnam być zła, ale nie mogłam powstrzymać śmiechu kiedy zobaczyłam mojego kociaka przykrytego warstwą makaronu, a pojedyńcze „nitki” zwisały mu z pyszczka. ;) ida13131@interia.pl

    Reply

  100. Jola Prusakowska

    14/10/2015 at 07:38

    Było to lat temu czterdzieści.Byłam wtedy szaloną i rozbrykaną czternastolatką,która o kuchni wiedziała nieiwele,a udawała,że jest najlepszą kucharką wśród kucharek.
    Jak co roku pojechałam na wakacje do swojej ukochanej cioci na Podlasie.Lato,żniwa w pełni,sprytne ręce potrzebne do pracy w polu i w domu.W końcu trzeba karmić ciężko pracujących żniwiarzy.Jako,że nie za bardzo nadawałam się do pracy przy snopach zboża poprosiłam ciocię bym mogła zając się domem.Dobrze-powiedziała ciocia.Tadek złapie kurę na rosół,a ty ją oskubiesz,oparzysz i ugotujesz nam rosołek.
    Jako rzekła tak się stało.Nie minęło kilkadziesiąt minut jak mój kuzyn wszedł do kuchni i wręczył mi kurę.
    Ugotowałam więc wrzątek,oskubałam i wypatroszyłam nieszczęśnicę po czym zaczęłam gotować rosołek.A musicie wiedzieć,że to sprawa niełatwa.Bo trzeba było gotować na kuchni opalanej drzewem w wielkich żeliwnych garach i nie dość,że trzeba było to rozpalić to jeszcze potem odpowiedni podkładać drzewo tak,by nie wygasło,lub by się rozpaliło za mocno.
    Jako rzekłam kurę oskubałam ,wypatroszyłam,rozpaliłam pod kuchnią i wstawiłam na nią gar z wodą i włoszczyzną .Dosypałam wszelakich przypraw i włożyłam do gara wielką,niepoporcjowaną kurę tak,że nogi sterczały jej dumnie poza pokrywką.Kurka się gotowała, w chacie pachniało cudnie,a ja zaczęłam robić makaron niczym Pokora w jednej z polskich komedii.Makaron zagniotłam,pokroiłam i zaczęłam gotować w za małym garnku.Gdy zaczął się przypalać szukałam gra następnego i następnego…,a kura się gotowała i gotowała z nogami uniesionymi ku górze…..
    Gdy rodzina przyjechała z pola ja siedziałam w kuchni umorusana,zapłakana i zniechęcona.Gdy ciocia zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy w mojej skromnej osobie siedzący na progu,zajrzała do garnków i zobaczyła moje dzieło to zaczęła się śmiać jakby oszalała.
    Jola,nikt ci nie mówił,że mięso trzeba poporcjować?
    Nigdy nikt nie pokazał Ci jak się gotuje makaron?
    Ciotka zakręciła się po kuchni.Szybko doprowadziła ją do porządku/obiad też/No i…
    Jedliśmy „pyszniasty” rosołek,a mięso z kury było tak twarde,że musiała ciocia go dopiec w prodiżu.
    Makaron jedliśmy jeszcze przez dwa dni.
    T był niezapomniany obiad i niezapomniane wakacje .A moją kulinarną wpadkę wspominamy po dziś dzień mając przy tym ubaw po pachy!

    Reply

  101. Małgorzata Lewicka-Jaśkiewicz

    13/10/2015 at 16:09

    Pewnego dnia gdy zmogła mnie grypa a teściowa przyszła z pomocą aby ugotować obiad dla nas wszystkich : męża, córki i 2 synów. Podała ugotowany obiad a było to spaghetti po zjedzeniu i posprzątaniu po posiłku zapytała czy się najedliśmy i czy smakowało. Na to mój młodszy syn (choć zjadł podwójną porcję) wtedy 8 lat powiedział, że nie najadłem się, bo mi nie smakowało. Do teraz to powiedzenie krąży w moim domu :) Gdy ktoś się nie najadł to znaczy, że mu nie smakowało :) :) goha77@wp.pl

    Reply

  102. Ania

    13/10/2015 at 13:32

    Gotowanie w cudzej kuchni zawsze wiąże się z ryzykiem. Pomieszkiwalam u mojej mamy… Zaprosiłam na obiad koleżankę, moją specjalnością jest spaghetti Napoli. Obie lubimy pikantne dania więc nie żałowałam pieprzu. Kiedy usiadlysmy do posiłku i zaczelysmy jeść… Coś nam nie pasowało. Okazało się, że moja mama przy kuchence nie trzyma pipeprzu… Nasze pyszne włoskie danie było suto doprawione mielonym kminkiem :) Byłam pod wrażeniem bo moja koleżanka zjadła całe. Ja nie byłam w stanie :)

    Reply

  103. Klaudia Sitko

    13/10/2015 at 11:49

    Mój narzeczony w kuchni. Pewnego wieczoru mój narzeczony chciał zrobić sobie kolacje no i jak to on uwielbia jajecznice z parówką i cebulką wiec zaczął pokroił cebulkę,parówkę i wrzucił na patelnie, smażył później jajka i posolił (bynajmniej tak myślał bo wcześniej ja do pracy przesypałam sobie z cukierniczki trochę cukru do tak samo wyglądającego pojemniczka na sól i cukier ,przyszłam z pracy położyłam pojemniczek z cukrem obok pojemniczka z solą ) i skosztował stwierdził że mało słone więc posolił jeszcze i wtedy zrozumiał co się stało ja weszłam do kuchni i spytałam o co chodzi powiedział tylko że mam skosztować :) myślałam że puknę ze śmiechu pomylił sól z cukrem do dziś się śmiejemy a co najlepsze to to że zjadł to co sobie przygotował :))
    Klaudia Sitko kakusia2704@gmail.com

    Reply

  104. Di Ana

    13/10/2015 at 10:38

    Hmm moja historia działa sie ladnych kilkanascie lat temu :) (no dobrze kilkadziesiat ). Gdy bylam mala moim ulubionym miejscem w kuchni byl stól przy oknie, siadanie na nim i patrzenie przez okno. To była codzienność. Pewnego dnia biegałam po domu jakby to powiedzieć niekompletnie ubrana (jak to male dziecko) gdy mama zawołała na obiad. Oczywiście szybciutko się w tej kuchni zjawiłam i zajęłam moje ulubione miejsce czyli stół i wygladanie przez okno. Ale tym razem nie bylo tak wesoło jak zawsze, ponieważ nie zauważyłam ze mama talerz (małymi oczkami to była wielka micha) z rosołem postawiła juz na stole. Ja stojąc na taborecie i patrząc przez okno zostałam poproszona o zjedzenie zupy poki jest gorąca. Więc swoim zwyczajem jeszcze stojąc na taborecie chcialam najpierw usiasc na stoje (jak zwykle) pozniej malymi nozkami zsunac sie na taboret i usia. Ale nie… tym razem tak latwo nie bylo, poniewaz moj tylek wyladowal w tej wielkiej misce z rosołem. Centralnie cala pupa zmiesciła sie do talerza a w nim gorący rosół. Wygladałam jak ta kura z ktorej mama przygotowała zupke. Pupa czerwona jak grzebien koguta, pisku pełna kuchnia :) I tym oto sposobem oduczyłam sie siadania na stole. Chociaż jak tak teraz to wspominam hmmm posiedziałabym jeszcze :)

    Reply

  105. Maria Jaworska

    13/10/2015 at 10:19

    Kuchnia i dwie nastolatki. Miały 14-15 lat i proste zadanie – ugotować ziemniaki(już obrane) i usmażyć kotlety schabowe. Typowy niedzielny obiad. Ponieważ ja od zawsze byłam „tą gotującą” zabrałam się za kotlety, posolenie ziemniaków zostawiając przyjaciółce. W pewnym momencie prosi mnie żebym sprawdziła czy ziemniaki już są miękkie. Wtedy stosowalam metodę „na zęba”..próbuję, dziwny smak..myślę sobie może oni tutaj inne ziemniaki jedzą, może jakaś dziwna odmiana, no nic robimy puree.Ale ziemniaki ciągle nie dawały mi spokoju, mówię „daj mi sól bo chyba za mało nasypałaś”. W tym momencie sytuacja stała się jasna przyjaciółka „posoliła” ziemniaki kwaskiem cytrynowym :) myślała ze to sól gruboziarnista. Ale to nie koniec tej historii, bo najśmieszniejsze było to ze po dodaniu masła, soli i mleka do puree nikt z domowników się nie zorientował że jest tam dodatkowy składnik.

    maria.jaworska.sl@gmail.com

    Reply

    • Monika Paśnicka

      14/10/2015 at 10:21

      moją najśmieszniejszą sytuacją podczas gotowania było,gdy wraz z mężem robiliśmy blok czekoladowy z mleka w proszku margaryny i kakao.Oczywiście w połowie miksowania zepsuł się mikser więc mój mąż wpadł na pomysł. aby dokończyć pracę wiertarką.Więc włożyliśmy jedno z mieszadeł miksera do wiertarki i zaczęliśmy pracę.Oczywiście masa którą wyrabialiśmy znalazła się wszędzie,prócz garnka.Była na ścianach,podłodze,naszych ubraniach ale nie tam gdzie powinna się znależć.Sprzątania było nie mało i tak zakończyła się nasza przygoda z blokiem.Monika Paśnicka misia2011.84@o2.pl.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Check Also

🍯 MIÓD Chiński i z UE – trucizna czy zdrowie? Jak kupować?

Dziś będzie o miodzie, ale nie o jego niezwykłych właściwościach, bo o tym będzie innym ra…